Geopolityczny pragmatyzm i polskie diamenty w bagnie plemiennej wojny
Siedzę w ciszy, myśląc o mapie współczesnego świata, i czuję przede wszystkim głębokie, racjonalne zmęczenie. Moje pokolenie widziało czas wielkich przemian. Jako nastolatka obserwowałam narodziny nowej Polski. Widziałam, jak robotniczy zryw Solidarności, oparty na autentycznym pragnieniu godności dla ludzi pracy, został bezwzględnie przehandlowany na politycznych salonach za poklepywanie po plecach wielkich korporacji czy Waszyngtonie. Ta lekcja z przeszłości uodporniła mnie na tanie obietnice i puste słowa. Dziś polityczne deklaracje na mnie nie działają – interesuje mnie wyłącznie twardy bilans moich zysków, strat finansowych i osobistego bezpieczeństwa. Żądam czynów, a tych wciąż brakuje.
Zamiast mądrego zarządzania krajem, obserwuję globalne starcie, w którym Europa wykazuje się porażającą nieudolnością. Ślepo realizując wytyczne z USA, zamiast dbać o własny interes, daliśmy się zapędzić w kozi róg. Idea zielonej transformacji, która miała być kołem zamachowym europejskiej gospodarki, pod dyktando restrykcyjnych amerykańskich norm i unijnych dogmatów zamieniła się w festiwal zakazów zamiast mądrych inwestycji. Nic we współczesnym świecie nie dzieje się jednak w próżni. Chińczycy z chłodnym pragmatyzmem wysłuchali naszych deklaracji, dostrzegli narzucony przez nas popyt i natychmiast go zaspokoili, uzależniając Zachód od swoich łańcuchów dostaw. Ich miks energetyczny to podręcznikowy przykład elastyczności – instalują najwięcej OZE na świecie, ale gdy rynek i przemysł tego potrzebują, bez wahania sypią węgiel do pieców. Grają w grę na własnych, ultracynicznych warunkach i choć sami borykają się z potężnym kryzysem nieruchomości, deflacją i armią młodych, bezrobotnych mężczyzn, na polu zielonej technologii bezdyskusyjnie zdominowali Europę.
Najbardziej boli mnie jednak to, co na tym tle dzieje się na moim własnym podwórku. Polska to kraj niewykorzystanych szans, w którym rzucanie kłód pod nogi rodzimym innowatorom mamy niemal zakodowane w narodowym DNA. Nasi urzędnicy, sparaliżowani strachem przed oskarżeniem o „niegospodarność” i uwięzieni w kompleksie niższości wobec tego, co „zachodnie”, wolą kupić gotową technologię zza granicy niż zaryzykować wsparcie dla własnych obywateli. Lista naszych utraconych diamentów krwawi: niebieski laser Porowskiego, polski grafen, rewolucyjny minikomputer K-202 Karpińskiego zniszczony przez komunistyczną zawiść, czy zmuszony do emigracji Koprowski, twórca szczepionki na polio. Dzisiaj ten sam dramat dotyka dr Olgę Malinkiewicz i jej perowskity – genialny, światowy patent na elastyczne ogniwa słoneczne utonął w bagnie prawnych procesów i korporacyjnych wojen, wykluczony z giełdy, pozostawiony bez żadnej państwowej tarczy ochronnej.
Czy jest w Polsce odważny/ odważna, która chce i wiem dokładnie, jak ten system uzdrowić, bo innowacje i gospodarka to system naczyń połączonych. Nie da się tego załatwić „jedną ustawą” – to populistyczne kłamstwo, którym od lat karmi się społeczeństwo, podczas gdy od dłuższego czasu stoimy w miejscu. Polska potrzebuje całościowej „Księgi Praw” – sprawiedliwego systemu 8- 10 progów podatkowych chroniącego klasę średnią, z automatyczną waloryzacją antypopulistyczną o wskaźnik inflacji plus 1%, która odcięłaby polityków od kieszeni pracujących obywateli. Potrzebujemy zniesienia podatku Belki dla oszczędności do miliona złotych( kwota waloryzowana co roku automatycznie na tych samych zasadach co podatek) oraz najwyższej, 80-procentowej stawki podatkowej dla krezusów i zarządów korporacji, która działałaby jak przymus inwestycyjny: oddasz państwu albo zainwestujesz w polską naukę. Przede wszystkim jednak potrzebujemy państwowego mecenatu nad innowacjami – w sektorze kosmicznym, medycznym, zbrojeniowym i energetycznym – który finansowałby i chronił badania kontrwywiadowczo oraz prawnie przynajmniej „do czasu uzyskania patentu”, a potem pozwalał kapitałowi prywatnemu na masową komercjalizację. To mogłoby wyciągnąć nas z dołka budżetowego, w którym co roku miliardy złotych uciekają do unijnych rajów podatkowych lub są przepalane na nikomu niepotrzebne, fasadowe instytuty i fundacje służące za polityczne synekury.
Niestety, na drodze do tej wizji stoi brutalna rzeczywistość polityczna. Polska pękła na trzy części. Z jednej strony mamy ludzi potężnie zmęczonych i zrezygnowanych, takich jak ja. Z drugiej – bezwzględne plemiona Małego i Dużego Pałacu, uwikłane w wojnę na wyniszczenie. W tym teatrze nienawiści nie ma już żadnych świętości. Nawet polityka zagraniczna i bezpieczeństwo narodowe stały się zakładnikami plemiennej bitwy, w której prezydent Karol Nawrocki zawetuje wszystko, byle tylko dopiec rządowi Donalda Tuska i zadowolić Waszyngton, blokując chociażby konieczny podatek cyfrowy czy podatek od nadmiernych zysków spółek.
Wygra ta strona, która wykaże się większą determinacją w mobilizowaniu nienawiści przed wyborami w 2027 roku. A państwo? Państwo jest rozszarpywane, każdy ciągnie w swoją stronę, a zwykły, pracowity mieszkaniec zostaje sam z chłodnym rachunkiem strat. Nie tracę wiary w lepsze jutro, ale dopóki nie zobaczę czynów jestem zmuszona budować moją Pustelnię/ Wieżę. Słowa polityków już dawno straciły dla mnie jakąkolwiek wartość.
