Zdrada w białych rękawiczkach. Jak wielka polityka gasi światła kobietom w Afganistanie (i dlaczego Ukraina powinna patrzeć w górę)
Siedzę przy swoim stole. Mam przed sobą kubek ciepłej herbaty, otwarty laptop i luksus, z którego nawet nie zdaję sobie sprawy na co dzień: wolność myśli. Mogę napisać te słowa. Mogę je opublikować. Mogę krzyczeć w internecie o niesprawiedliwości i nikt nie przyjdzie pod moje drzwi z batem.
Gdy zaczęłam zbierać materiały do nowego cyklu „Dookoła globu”, moim pierwszym celem stał się Afganistan. Chciałam zrozumieć, jak to możliwe, że w XXI wieku można z dnia na dzień wymazać miliony kobiet z przestrzeni publicznej. Zgasić im światło. Zamknąć w domach jak więźniarki we własnym ciele. W świecie, który rzekomo idzie do przodu, one zostały cofnięte w mrok średniowiecza.
Teatr strachu i iluzja poparcia
Przeglądając zdjęcia z Kabulu tuż po powrocie talibów do władzy, uderzył mnie jeden obraz. Uniwersytet. Rzędy kobiet ubranych od stóp do głów w czarne szaty, trzymających pro-talibskie transparenty. Wyglądały tak, jakby nic się nie zmieniło, jakby same tego chciały.
Przez ułamek sekundy poczułam paraliżujące zaskoczenie. Jak kobieta może popierać system, który chce ją uwięzić?
Ale prawda o tych czarnych plamach na uniwersyteckich korytarzach jest brutalna. To nie było poparcie – to był czysty przymus i strach. Reżim totalitarny potrafi perfekcyjnie ubrać przemoc w kostium „dobrowolności”. Te dziewczęta postawiono pod ścianą: albo weźmiesz udział w tym cyrku, albo zniszczymy Twoje dotychczasowe życie i na zawsze wyrzucimy Cię z uczelni. Grały w tę grę, żeby ratować resztki swojej edukacji. Nadaremnie. Niedługo później drzwi uniwersytetów zatrzaśnięto przed nimi na cztery spusty.
Dziś w Kabulu mrok zgęstniał jeszcze bardziej. Talibowie odebrali kobietom nawet prawo do szeptu, wprowadzając drakońskie przepisy zakazujące kobiecego głosu w przestrzeni publicznej. Śpiew, czytanie, zwykła rozmowa na ulicy – wszystko to uznano za grzech i skazano na niebyt. Przecież po pierwszych rządach talibów wszyscy dokładnie wiedzieliśmy, jak będzie. Że ta ideologia nie ewoluuje. Dlaczego więc świat pozwolił na powtórkę z historii?
Transakcja w Doha, czyli podpis, który zgasił światło
Odpowiedź jest bolesna i ma konkretne imię oraz nazwisko. Donald Trump. To jego administracja w lutym 2020 roku podpisała w Doha porozumienie, które otworzyło talibom drzwi do Kabulu. Trump usiadł do stołu z terrorystami, całkowicie ignorując oficjalny rząd Afganistanu. Przeprowadził czysto biznesową transakcję: Ameryka miała się wycofać, a w zamian dostała mgliste obietnice „pokoju”. W tym kilkunastostronicowym dokumencie słowo „kobieta” lub „prawa człowieka” praktycznie nie istniały. Oddano cały kraj bez żadnych gwarancji bezpieczeństwa dla jego obywatelek. Morale afgańskiej armii runęło w gruzy, bo zrozumieli, że zostali bezwzględnie porzuceni przez dotychczasowego sojusznika.
Choć samą ewakuację kończył już Joe Biden, puszczając sznur od tej kurtyny i pozwalając, by Kabul runął w kilka dni, to scenariusz tej katastrofy został bezpowrotnie zabetonowany przez Trumpa rok wcześniej. To lekcja dla świata: gdy mocarstwo uznaje, że wolność sojusznika przestaje się opłacać w tabeli kosztów, moralność ląduje w niszczarce do dokumentów.
Wielki świat patrzy na to zresztą przez pryzmat skrajnego cynizmu. Na obronę afgańskich kobiet Ameryce zabrakło dolarów i determinacji – ogłoszono koniec „wiecznej wojny”. Ale gdy w grę wejdą inne, kluczowe dla nich interesy geopolityczne, jak w przypadku wojen Izraela, fortuny na broń płyną szerokim, niekończącym się strumieniem. Wtedy nikt miliardów nie liczy.
To nie wina Boga, to kompleksy ludzi
Łatwo jest powiedzieć: „to wina islamu”. Zamknąć temat w wygodnej szufladce religijnego zacofania. Ale to ślepa uliczka i pójście na łatwiznę. Fundamentalizm to nie wina religii. To wina ludzi, którzy próbują swoje własne kompleksy, lęki i żądzę absolutnej kontroli ubrać w szaty wiary lub tak zakłamanej „tradycji”. Prawdziwą twarzą islamu nie musi być przecież bat taliba.
Wystarczy spojrzeć w inną stronę globu, by ten czarno-biały schemat natychmiast legł w gruzach. Przecież pośród piasków Sahary żyją Tuaregowie – muzułmanie, u których to mężczyźni zasłaniają twarze, a kobiety cieszą się ogromną wolnością, mając prawo do majątku, decyzji o rozwodzie i politycznego głosu. Spójrzmy na syryjską Rożawę, gdzie kurdyjskie kobiety z karabinem w ręku rozbiły religijne bestialstwo ISIS, budując na wskroś równe społeczeństwo. To także jest świat islamu.
Ten sam mechanizm ucisku działa pod każdą szerokością geograficzną, pod szyldem każdej świętej księgi. Spójrzmy na chrześcijański Salwador, gdzie pod płaszczykiem religijnej moralności politycy traktują kobiety jak bezwartościowe inkubatory. Tam zgwałcona dziewczynka słyszy od polityka u władzy nieludzkie słowa, że „jak zwierzę zachodzi w ciążę, to jest gotowe do macierzyństwa”. W tym kraju kobieta po naturalnym poronieniu trafia do więzienia na kilkadziesiąt lat, bo system z góry uznaje ją za morderczynię. Czym to się różni od szafowania życiem kobiet w Kabulu? Niczym.
Różne religie, te same męskie kompleksy ubrane w dogmaty. Zupełnie jak w prawosławnym fundamentalizmie w Rosji, gdzie cerkiew i patriarcha bez mrugnięcia okiem błogosławią czołgi jadące mordować sąsiadów w imię obrony „tradycyjnych wartości”.
To nie religia uciska. Uciska człowiek, który dostał do ręki władzę i karabin, a swoje potworne decyzje maskuje Bogiem.
Ten sam schemat. Od Kabulu po Kijów
I właśnie dlatego, patrząc na Afganistan, czuję dziś głęboki, ściskający w gardle niepokój, kiedy słyszę deklaracje Trumpa o wojnie w Ukrainie. Ten człowiek nie zmienił swojego podejścia. Dla niego polityka międzynarodowa to nie walka o wolność czy wartości – to transakcja na rynku nieruchomości.
Kiedy Trump mówi o „zakończeniu wojny w 24 godziny”, widzę dokładnie ten sam schemat, który zastosował wobec Afganistanu. Chęć pominięcia słabszego sojusznika i dogadania się z silniejszym dyktatorem nad jego głową. Zmuszenie Ukrainy do oddania swoich ziem i rezygnacji z dążeń do bezpiecznego świata, w zamian za iluzoryczny, chwilowy spokój pod dyktando Władimira Putina.
Historia uczy, że umowy podpisywane z bezwzględnymi graczami na ich warunkach nigdy nie przynoszą trwałego pokoju. Przynoszą jedynie czas na dozbrojenie się i kolejną, jeszcze krwawszą agresję. Podpis Trumpa pod „pokojem” w Afganistanie przyniósł kobietom piekło. Co przyniosłoby jego wtrącanie się w sprawy Ukrainy? Strach pomyśleć. O jego dawnych ruchach wobec Iranu, które wepchnęły Teheran wprost w objęcia Moskwy i stworzyły nową oś zła – zasilającą dziś rosyjską armię dronami niszczącymi ukraińskie miasta – nawet już nie wspomnę.
Podsumowanie
Skończyłam pisać. Zamykam laptop. Wracam do swojej bezpiecznej rzeczywistości, ale w głowie wciąż mam te same myśli. Moja babcia Ania mawiała: „Nawet z najpiękniejszej miski, ale pustej, jeszcze nikt się nie najadł”. Te słowa, genialne w swojej prostocie, idealnie trafiają w sedno.
Wszystkie te wielkie, „piękne hasła”, którymi karmią nas przywódcy tego świata – jak rzekomy „pokój” wynegocjowany w Doha, „tradycyjne wartości” w Rosji i Salwadorze, czy cyniczne obietnice „zakończenia wojny w 24 godziny” – to właśnie takie puste, choćby najpiękniej pomalowane miski. Politycy podają je ludziom na tacy, ale w środku nie ma nic poza bezwzględną kalkulacją, chęcią kontroli i zdradą najsłabszych. Człowiek karmiący się taką iluzją zbyt szybko budzi się w mroku. Bez wolności, bez praw i bez głosu.
Izolacjonistyczna polityka pod hasłem „America First” nie jest odległą teorią z podręczników. Ona ma realne, ludzkie, krwawe konsekwencje. Dziś płacą za nią Afganki, które nie mogą nawet głośno mówić na ulicy. Obyśmy jutro tej ceny nie musieli płacić my sami.