Koszt cudzych łez. O moralności, politycznym cynizmie i lekcji z Iraku

 Współczesny świat u progu drugiej połowy lat dwudziestych XXI wieku wciąż boryka się z tymi samymi demonami, które niszczyły go u zarania nowego tysiąclecia. Poranne wiadomości, donoszące o kolejnych amerykańskich nalotach na infrastrukturę krytyczną w Iranie, śmierć dzieci przez wojny i głód,  zmianach personalnych na szczytach ukraińskiej armii czy okładanie się prezydenta z rządem, wojenka na ordery, budzą nie tylko niepokój, ale przede wszystkim głęboki sprzeciw moralny. Dla człowieka obdarzonego empatią sygnały te stanowią impuls do postawienia fundamentalnego pytania: gdzie w świecie wielkiej geopolityki podziała się zwykła, ludzka przyzwoitość?
Historia III Rzeczypospolitej uczy, że sceptycyzm wobec oficjalnych deklaracji władz nie jest przejawem defetyzmu, lecz obowiązkiem myślącego obywatela. Polscy decydenci wielokrotnie udowodnili, że potrafią jedno mówić, a drugie robić. Przykłady tajnych więzień CIA w Starych Kiejkutach, niejawnych operacji jednostki GROM czy współczesnych potyczek informacyjnych wokół dostaw uzbrojenia pokazują, że racja stanu bywa często zasłoną dymną dla działań wątpliwych moralnie. Jednak największym symbolem tego systemowego cynizmu pozostaje rok 2003 i decyzja rządu Leszka Millera oraz prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego o udziale w inwazji na Irak.
Nazywanie tamtej operacji „misją stabilizacyjną” czy „pokojową” było i pozostaje semantycznym oszustwem. Z perspektywy czasu i faktów historycznych należy to zjawisko określić wprost: była to brutalna okupacja i głęboka destabilizacja całego regionu. Narzucanie zachodniego modelu demokracji siłą, bez szacunku dla suwerenności i prawa do samostanowienia Irakijczyków, doprowadziło do demontażu struktur państwowych i narodzin potwora, jakim stało się Państwo Islamskie (ISIS). Zamiast przeprowadzić naród iracki na drugą stronę „ulicy wolności” metodami dyplomacji i pokoju, zachodnia koalicja wepchnęła go pod koła ciężarówek, które wywoziły surowce i bogactwa naturalne tego kraju.
W tym kontekście dzisiejsza postawa ówczesnego premiera, Leszka Millera, jawi się jako szczyt politycznej bezczelności. Człowiek ten ma na rękach krew polskich żołnierzy, których bez mrugnięcia okiem wysłał na Bliski Wschód, by w charakterze strażników pilnowali czysto biznesowych i imperialnych interesów USA. Ta rażąca hipokryzja staje się jeszcze bardziej jaskrawa, gdy spojrzy się na jego obecne wystąpienia publiczne. Miller bez cienia wstydu poucza dziś walczącą Ukrainę, jak ma prowadzić swoją politykę , podczas gdy sam nie potrafi wykrztusić ani jednego jednoznacznie złego słowa pod adresem Władimira Putina. Ten brak odwagi do potępienia kremlowskiego dyktatora, połączony z rozliczaniem innych, to uderzający dowód na to, że dawne długi – symbolizowane przez przywiezioną niegdyś w walizce moskiewską pożyczkę – wciąż ciążą  i paraliżują głos dawnego lidera lewicy.
Gdy motywacją do udziału w konflikcie stają się pieniądze, granica między żołnierzem a najemnikiem ulega niebezpiecznemu zatarciu. Trudna sytuacja materialna czy wysokie bezrobocie w kraju w czasach transformacji ustrojowej bywały częstym usprawiedliwieniem, jednak literatura faktu – jak choćby reportaż „Psy z Karbali” – bezwzględnie obnaża moralnego kaca tych, którzy z misji wrócili. Koszmar wchodzenia nocą do domów przerażonych cywilów i celowania do płaczących dzieci pozostawił w psychice wielu z nich ślad, którego nie zdołał zrekompensować żaden żołd.
Okazuje się jednak, że nawet w trybach wojskowej machiny człowiek zachowuje wolną wolę. Historia zna przypadki tych, którzy woleli odejść z armii, ryzykując bezrobociem i utratą stabilizacji, byle nie brać udziału w zbrodni przeciwko ludzkości. To dowód na to, że moralność może wygrać z pragmatyzmem i presją systemu.
Ostatecznie najważniejszy kompas w życiu nie pochodzi z podręczników do geopolityki ani z gabinetów dyplomatycznych. Kryje się on w prostej, uniwersalnej zasadzie, przekazywanej z pokolenia na pokolenie: żyć tak, aby inni przez nas nie płakali, a jeśli pojawią się łzy, niech to będą łzy radości. Ta prosta lekcja przyzwoitości pozwala natychmiast odróżnić pomoc od agresji, a obronę od okupacji. Świat, w którym bombarduje się zakłady odsalania wody i skazuje miliony cywilów na pragnienie, gdzie bombarduje się szkoły pełne dzieci i szpitale pilnie potrzebuje powrotu do tego podstawowego humanizmu. Dopóki obywatele potrafią głośno protestować, patrzeć władzy na ręce i nazywać zbrodnie po imieniu, dopóty tli się nadzieja, że cynizm polityków nie zdoła całkowicie zagłuszyć ludzkiego sumienia. 

Popularne posty z tego bloga