„Tęsknota za królem, czyli po co nam prezydent za 325 milionów?”
Koszt utrzymania Kancelarii Prezydenta RP bije kolejne rekordy, osiągając w budżecie niebotyczną kwotę blisko 325 milionów złotych. W kraju o ustroju parlamentarno-gabinetowym, gdzie realna władza wykonawcza spoczywa w rękach premiera i rządu, tak potężny budżet głowy państwa musi budzić pytania. Po co Polakom tak drogi prezydent i czy podświadomie nie szukamy w tym urzędzie zastępstwa dla dawno utraconej monarchii?
Kosztowna fasada demokracji
Pałac Prezydencki pełni dziś głównie funkcje reprezentacyjne. Prezydent wetuje ustawy, wręcza ordery, przyjmuje zagraniczne delegacje i reprezentuje majestat Rzeczypospolitej.
Większość tych zadań to czysty ceremoniał. Gdy zsumujemy pensje setek urzędników, limuzyny, ochronę i luksusowe podróże, otrzymamy kwotę, która z powodzeniem sfinansowałaby roczne utrzymanie kilku nowoczesnych szpitali. Polacy płacą miliony za instytucję, która w codziennym zarządzaniu państwem ma marginalny wpływ na gospodarkę czy podatki ale za to duże aby utrudnić życie obywatelom.
Podświadoma tęsknota za koroną
Skąd więc zgoda społeczeństwa na tak kosztowne i mało efektywne stanowisko? Odpowiedź kryje się w psychologii politycznej. Polacy wciąż odczuwają podświadomą tęsknotę za królem – ponadpartyjnym arbitrem, który stoi ponad codziennym, błotnym sporem partyjnym.
Chcemy widzieć w prezydencie „ojca narodu”, kogoś, kto w obliczu kryzysu zjednoczy obywateli pod jedną flagą. Projektujemy na tę funkcję oczekiwania żywcem wyjęte z czasów monarchii, oczekując majestatu, dostojeństwa i autorytetu moralnego.
Rzeczywistość kontratakuje
Niestety, rzeczywistość boleśnie weryfikuje te marzenia. Zamiast niezależnego monarchy, z Pałacu Prezydenckiego najczęściej oglądamy polityka uwikłanego w partyjne zależności, realizującego interesy własnego obozu politycznego. Kosztowna otoczka za 325 milionów złotych staje się wtedy jedynie drogą dekoracją dla bieżącej walki o władzę.
Zamiast arbitra otrzymujemy kosztownego recenzenta rządowych projektów. Instytucja, która miała nas łączyć, ze względu na sposób wyboru w wyborach powszechnych, z natury rzeczy pogłębia polaryzację społeczeństwa.
Drogi symbol w tanim państwie
Wydatki rzędu 325 milionów złotych pokazują, że polska prezydentura stała się bizantyjska. Architektura ustrojowa Polski daje prezydentowi silny mandat demokratyczny, ale bardzo ograniczoną władzę. Płacimy więc astronomiczną cenę za iluzję potęgi i prestiżu.
Jeżeli rola prezydenta ma ograniczać się do bycia strażnikiem konstytucji i reprezentantem kraju na salonach, budżet ten powinien zostać drastycznie okrojony. W przeciwnym razie co roku będziemy fundować politykom najdroższy teatr w kraju – teatr tęsknoty za królem, którego już dawno nie ma.