Ślepota w Excelu. Dlaczego łatwiej podnieść wiek kobiecie na taśmie, niż tknąć miliardowe przywileje?
W debacie publicznej o emeryturach królują chłodne liczby. Międzynarodowi eksperci i polscy politycy z uporem maniaka powtarzają jeden dogmat: Polacy muszą pracować dłużej, bo system zbankrutuje. Ostatnia propozycja podniesienia wieku emerytalnego dla bezdzietnych kobiet to kolejny dowód na to, jak bardzo decydenci odkleili się od realiów społecznych. Zamiast budować silną, opartą na wiedzy gospodarkę, która generowałaby wysokie składki, państwo woli łatać dziury budżetowe kosztem najciężej pracujących fizycznie. Pora głośno powiedzieć, że problemem Polski nie jest demografia, ale systemowe marnowanie potencjału i marnotrawstwo miliardów.
Mit "pracuj dłużej, będziesz miał więcej"
Gdy przedstawiciele Głównego Urzędu Statystycznego (GUS) ogłaszają kolejne tablice dalszego trwania życia, dla milionów Polaków oznacza to jedno: ich przyszłe emerytury spadają. ZUS wylicza świadczenie bezwzględnie: dzieli zebrany kapitał przez miesiące prognozowanego życia.
Dla technokratów rozwiązanie jest proste – pracuj dłużej. To jednak brutalny mit. Dla kobiety pracującej na taśmie produkcyjnej za minimalną krajową, dodatkowe dwa lata morderczej pracy fizycznej nie zmienią nic. Jej kapitał jest tak mały, że wyliczona emerytura i tak będzie niższa od ustawowego minimum. Państwo i tak musi jej dopłacić do emerytury minimalnej. Wydłużenie stażu pracy sprawi jedynie, że budżet dopłaci mniej, a pracownica ze zniszczonym zdrowiem nie zyska ani złotówki. Co gorsza, hucznie zapowiadane emerytury stażowe stają się fikcją – większość projektów wymaga wykazania kapitału na poziomie emerytury minimalnej. Osoby najmniej zarabiające mają więc zatrzaśnięte drzwi do wcześniejszego odpoczynku.
Miliardy na przywileje, grosze na naukę
Prawdziwy szok przeżywamy jednak wtedy, gdy zderzymy opowieści o "braku pieniędzy w budżecie" z realnymi transferami finansowymi. Z oficjalnych analiz wynika, że na utrzymanie branżowych przywilejów emerytalno-rentowych (m.in. służb mundurowych, sędziów, prokuratorów czy KRUS) Rzeczpospolita wskazuje astronomiczną kwotę około 55 miliardów złotych rocznie. Do tego dochodzą setki milionów na Fundusz Kościelny, z którego opłacane są składki duchownych.
Dla porównania: na całą polską naukę i szkolnictwo wyższe wydajemy rocznie zaledwie ok. 30–35 miliardów złotych. System, w którym młody wojskowy może przejść na emeryturę w wieku 45 lat , czy innym bardzo jaskrawym przykładem jest Marta Nawrocka , która w wieku 40 lat jest emerytką i pobiera wysokie, dożywotnie świadczenie finansowane z podatków kobiety harującej na taśmie produkcyjnej, jest głęboko niesprawiedliwy.
Systemowy drenaż mózgów i niszczenie firm
Ten finansowy rozstrzał ma katastrofalne skutki dla całej gospodarki. Przeznaczając krocie na utrzymanie świętego spokoju z silnymi grupami wpływów (jak mundury czy sędziowie czy księża), państwo systemowo odcina tlen polskiej nauce i innowacjom. Efekt? Zachód bezlitośnie drenuje nasze "mądre głowy", oferując naukowcom warunki, o jakich w kraju mogą tylko pomarzyć.
Marnując potencjał rodzimej nauki, niszczymy szanse polskich firm na to, by stały się technologicznymi gigantami. Zamiast gospodarki wysokich technologii, budujemy montownię opartą na taniej sile roboczej. Gdyby te 55 miliardów złotych zamiast na przedwczesne emerytury grup uprzywilejowanych trafiło na badania, rozwój (B+R) i automatyzację, polskie fabryki byłyby nowoczesne. Kobieta na taśmie nie musiałaby niszczyć kręgosłupa dźwiganiem ciężarów – nadzorowałaby maszyny. Zarabiałaby godnie, a jej wysokie składki automatycznie rozwiązałyby problem kapitału w ZUS.
Rekomendacje bez duszy
Kiedy Komisja Europejska, OECD czy MFW przysyłają do Polski rekomendacje: "podnieście wiek emerytalny, zrównajcie go dla kobiet i mężczyzn", piszą je ludzie z klimatyzowanych gabinetów. W ich świecie praca to stukanie w klawiaturę, a nie 8- 12 godzin na nogach przy kasie czy chłodni. Co więcej, system jest całkowicie ślepy na realne formy opieki. Kobieta, która nie urodziła dzieci, ale wychowuje trójkę potomstwa swojego partnera (ponieważ biologiczna matka porzuciła obowiązki), w świetle prawa jest "bezdzietną singielką", którą ministerstwa chętnie zmusiłyby do pracy do 65. roku życia.
Politycy boją się tknąć przywileje służb mundurowych czy sędziów z obawy przed utratą wpływów i paraliżem kraju , więc najłatwiej jest uderzyć w tych, którzy nie mają swoich związków zawodowych w małych zakładach pracy i nie wyjdą palić opon pod Sejmem.
Podsumowanie
Polska nie potrzebuje panicznego podnoszenia wieku emerytalnego pod dyktando zagranicznych agencji. Polska potrzebuje efektywnego wykorzystania pieniędzy, które już teraz krążą w systemie. Przesunięcie środków z archaicznych przywilejów i systemów specjalnych na naukę, rozwój oraz innowacje to jedyna droga do uzdrowienia ZUS-u. Dopóki rządzący będą widzieć w obywatelu jedynie cyfrę w arkuszu kalkulacyjnym, system emerytalny pozostanie maszynką do sankcjonowania społecznej niesprawiedliwości.