Odpowiedzialność za słowo w dobie kryzysu debaty publicznej w Polsce
Tradycyjna mądrość pokoleń głosi, że człowiek jest wart tyle, ile jego słowo. W tym prostym porzekadle kryje się fundament etyczny, na którym przez wieki budowano zaufanie społeczne, honor i poczucie sprawiedliwości. Wiarygodność deklaracji była miarą ludzkiej godności. We współczesnej Polsce ta zasada została jednak brutalnie zdeptana. Słowo straciło swoją pierwotną wartość jako narzędzie budowania więzi i poszukiwania prawdy. Stało się bezdusznym orężem politycznym, a w dużej mierze – narzędziem zadawania czystego, wyrachowanego bólu. Analiza obecnej sytuacji społeczno-politycznej w kraju prowadzi do zatrważającego wniosku: kryzys odpowiedzialności za słowo doprowadził do upadku najbardziej elementarnych tabu moralnych, w tym bezwzględnej ochrony dziecka.
Głównym źródłem tego kryzysu jest głęboka polaryzacja, podsycana przez algorytmy mediów społecznościowych oraz cynizm elit kształtujących nastroje publiczne. W polskim życiu publicznym doszło do niebezpiecznego odwrócenia pojęć, gdzie „wolność słowa” stała się pancerzem chroniącym przed konsekwencjami kłamstw, manipulacji i pomówień. Obserwujemy zjawisko, w którym politycy i powiązane z nimi media rzucają najcięższe oszczerstwa, a przyparci do muru udają ofiary cenzury lub stosują tchórzliwą semantycznie taktykę „ja tylko zadaję pytania”. Ta technika manipulacji pozwala zasiać w umysłach odbiorców najgorsze podejrzenia bez brania odpowiedzialności za intencje i skutki swoich słów. Wolność słowa, stworzona by chronić słabszych przed opresją władzy, dziś w Polsce bywa cynicznie wykorzystywana przez silnych do bezkarnego niszczenia słabszych.
Najbardziej dramatycznym dowodem na całkowity upadek standardów moralnych jest fakt, że celem medialnych i politycznych nagonek stały się dzieci. Przez lata obserwowaliśmy to w bezwzględnej stygmatyzacji dzieci poczętych metodą in vitro. Część klasy politycznej oraz hierarchów kościelnych, mając na ustach hasła o „miłości bliźniego” i „obronie życia od poczęcia”, nie wahała się używać języka głęboko raniącego i odzierającego z godności. Słowa o „produkcji ludzi”, „dzieciach z próbówki” czy pseudonaukowych „bruzdach dotykowych” – promowane nawet w podręcznikach szkolnych (jak niesławny podręcznik do HiT) – boleśnie uderzyły w tysiące polskich rodzin. To podręcznikowy przykład cynizmu: język rzekomej troski o moralność stał się narzędziem wykluczenia, które naznaczyło niewinne dzieci jako „gorsze” lub „nienaturalne” tylko po to, by zbić kapitał polityczny i utrzymać ideologiczną dominację.
Ten brak odpowiedzialności za słowo zbiera dziś coraz krwawsze żniwo, a granica bezwzględnej świętości, jaką dotychczas otaczano najmłodszych, została trwale przekroczona. Symbolem tej tragedii pozostaje sprawa Mikołaja Filiksa, którego tożsamość jako ofiary pedofilii została celowo ujawniona w przestrzeni publicznej dla realizacji doraźnych celów politycznych. Wydawało się, że śmierć niewinnego dziecka będzie dla polskiego społeczeństwa i klasy politycznej momentem otrzeźwienia. Nic takiego się jednak nie stało. Brutalne ataki na dzieci stały się powszechnym, znormalizowanym elementem walki.
Zamiast współczucia i ochrony, w polskim dyskursie zakorzenił się głęboko destrukcyjny mechanizm obwiniania ofiary (victim blaming) oraz relatywizowania przemocy. Proces ten ma silne podłoże strukturalne. Jego jaskrawym przykładem były wstrząsające wypowiedzi wysokich hierarchów kościelnych, na czele z abp. Markiem Jędraszewskim, którzy w kontekście dramatów pedofilii w Kościele sugerowali, że to dzieci „wciągają” dorosłych w grzech lub „szukają miłości”. Tego typu retoryka, przenosząca odpowiedzialność ze zwyrodniałego sprawcy na bezbronną ofiarę, pokazała, że autorytety mogą użyć słowa, by uniewinnić kata, a winą obarczyć skrzywdzone dziecko w imię ochrony instytucji.
Ten sam mechanizm widzimy dziś w sferze polityki narodowościowej i ksenofobicznej, gdzie ton nadają liderzy prawicy z Przemysławem Czarnkiem i Grzegorzem Braunem oraz Konfederatami na czele. Budowanie narracji pełnej uprzedzeń i strachu wobec uchodźców z Ukrainy przekłada się bezpośrednio na fizyczną agresję na polskich ulicach. Przerażający jest fakt, że gdy dochodzi do pobić i szykanowania ukraińskich dzieci, politycy i sprzyjający im komentatorzy zamiast jednoznacznego, moralnego potępienia bandytyzmu, zaczynają szukać usprawiedliwień dla sprawców. Tłumaczenie agresorów i sugerowanie, że ofiary same prowokują ataki, to ostateczny dowód na to, jak bardzo język został wyprany z empatii i prawdy.
Konsekwencje tego stanu rzeczy są niszczycielskie dla tkanki społecznej. Kiedy obywatele widzą, że elity polityczne i duchowne bezkarnie łamią fundamentalne zasady moralne, tracą zaufanie do jakichkolwiek instytucji i do siebie nawzajem. Demokracja pozbawiona wspólnego mianownika, jakim jest szacunek dla prawdy i ochrona najsłabszych, staje się pustą fasadą, pod którą kryje się prawo silniejszego.
Podsumowując, odpowiedzialność za słowo w dzisiejszej Polsce to nie akademicki postulat, ale warunek przetrwania nas jako wspólnoty ludzkiej. Wolność słowa oddzielona od moralności i odpowiedzialności zamienia się w anarchię, która służy wyłącznie cynicznym manipulatorom. Aby uzdrowić tę sytuację, musimy jako społeczeństwo powrócić do mądrości starszych pokoleń i zacząć bezwzględnie rozliczać każdą osobę publiczną z rzucanych słów. Nie możemy godzić się na wykręty o „zwykłych pytaniach”, stygmatyzowanie dzieci z in vitro czy relatywizowanie krzywdy najmłodszych. Tylko stanowczy, obywatelski opór wobec nienawiści w języku może sprawić, że słowo odzyska swoją dawną, szlachetną wartość, a człowiek znów będzie wart tyle, ile jego obietnica.
Moja mamusia mawia " Kto kłamie to i kradnie a kto kradnie ten i zabija" . To przysłowie mojej mamusi jest niesamowicie głębokie. Pokazuje ono logiczny i moralny ciąg przyczynowo-skutkowy, w którym upadek człowieka zaczyna się od z pozoru „małego” grzechu – od kłamstwa.
Kiedy pozwolimy na to, by kłamstwo stało się bezkarne, niszczymy barierę moralną. Ktoś, kto bez mrugnięcia okiem okrada innych z prawdy, prędzej czy później posunie się do odbierania im materialnych dóbr (kradzież), a ostatecznie – do niszczenia ich życia i zdrowia (zabójstwo), co tak boleśnie pokazała chociażby tragedia Mikołaja Filiksa. Słowa potrafią zabijać psychicznie, a czasem, poprzez nagonki, również fizycznie. Pamiętajmy o tym.