Rozszerzone filakterie i sejmowe szczekanie. O faryzeizmie na Wiejskiej i fasadowym katolicyzmie Polaków



Gdy na początku września 2026 roku kamery w Sejmie uchwyciły posłankę Prawa i Sprawiedliwości, Dominikę Chorosińską, wydającą odgłosy szczekania podczas wystąpienia wicepremiera Władysława Kosiniaka-Kamysza, opinia publiczna zamarła w zażenowaniu. Choć Komisja Etyki Poselskiej w takich przypadkach może co najwyżej bezradnie machnąć ręką i udzielić kolejnego upomnienia, incydent ten wykracza daleko poza ramy zwykłego braku kultury osobistej. Stał się on bowiem soczewką, w której jak na dłoni widać największą chorobę polskiego życia publicznego: głęboką hipokryzję, faryzeizm oraz fasadowość religii traktowanej wyłącznie jako polityczny taran.
Dominika Chorosińska (niegdyś Figurska) przez lata budowała swoją pozycję na fundamencie radykalnego konserwatyzmu. Twarz ruchów pro-life, ambasadorka Ogólnopolskiego Marszu dla Życia i Rodziny, autorka haseł o „tradycyjnym modelu rodziny jako polskiej racji stanu” – to tylko niektóre z jej publicznych ról. Gdy jej własne małżeństwo przechodziło głośny kryzys medialny związany z romansem i dzieckiem z pozamałżeńskiego łoża, wraz z mężem przekonywała w mediach katolickich, że to właśnie „dzięki Bogu i modlitwie” uratowali sakramentalny związek. Stali się ikonami środowisk prawicowych, pouczającymi z ekranów telewizorów, jak żyć, jak kochać i jak po chrześcijańsku wychowywać szóstkę dzieci.
Jednak sejmowe szczekanie, a zwłaszcza późniejszy wpis posłanki na portalu X – w którym zamiast ewangelicznego uderzenia się w pierś i przeprosin, brnęła w zaparte, twierdząc, że „jedyny język, jaki rozumieją Tusk i Kosiniak-Kamysz, to szczekanie psów z Kłodzka” – zburzyło tę misternie budowaną konstrukcję. Pokazało rażący dysonans między deklarowaną pobożnością a całkowitą dehumanizacją przeciwnika politycznego.
Psychologia „Bluszcza” i zinternalizowany patriarchat
Jak to możliwe, że kobieta, która całą swoją pozycję zawdzięcza wywalczonym przez feministki i sufrażystki prawom wyborczym, edukacji i możliwości zasiadania w parlamencie, tak zaciekle walczy z feminizmem? W mądrości pokoleniowej naszych babć takie kobiety nazywano krótko: „Bluszczami”.
Bluszcz potrzebuje silnego muru – patriarchalnego systemu – by w ogóle móc piąć się w górę. Bez niego, we własnym mniemaniu, leżałby bezradnie na ziemi. Dlatego kobieta-bluszcz będzie bronić tego muru za wszelką cenę, jednocześnie „dusząc” wolność innych kobiet wokół siebie. To klasyczny mechanizm obronny: lęk przed dewaluacją własnych życiowych wyrzeczeń. Widok innej kobiety – wolnej, niezależnej, decydującej o swoim ciele i życiu – jest dla „strażniczek systemu” głęboko raniący. Stawia bowiem bolesne pytanie: „To znaczy, że ja też mogłam żyć inaczej? Że moje znoszenie zdrad i podporządkowanie mężowi wcale nie było konieczne?”. Aby zagłuszyć ten wewnętrzny krzyk, najłatwiej jest ogłosić się świętą, a innych wyzwać od zepsutych egoistek.
Ten systemowy odwet na kobietach ma zresztą w Polsce długą historię. Swoje korzenie ma w mrocznych przemianach lat 90., kiedy to w imię wolnorynkowej terapii szokowej masowo zamykano żłobki, przedszkola i zakłady pracy, w których kobiety zwalniano w pierwszej kolejności. To wtedy narodził się oficjalny mariaż tronu z ołtarzem, którego walutą przetargową stały się prawa reprodukcyjne kobiet, przypieczętowane tzw. kompromisem aborcyjnym z 1993 roku. Dzisiejsze zaostrzenie kursu to jedynie logiczna i radykalna kontynuacja tamtych wydarzeń.
Anatomia faryzeizmu: „Mówią bowiem, ale sami nie czynią”
Największym dramatem współczesnych politycznych „obrońców wiary” – od Dominiki Chorosińskiej, przez Przemysława Czarnka, aż po Krzysztofa Bosaka czy Grzegorza Brauna – jest ich głęboki, religijny analfabetyzm. Ich katolicyzm jest tożsamościowy, plemienny i narodowy, ale w żadnym wypadku nie jest ewangeliczny. Gdyby bowiem zadali sobie trud rzetelnego przeczytania Nowego Testamentu, ze zgrozą odkryliby, że Jezus swoją najostrzejszą krytykę kierował nie przeciwko zagubionym grzesznikom, ale właśnie przeciwko nim.
"Nie idźcie do pogan i nie wstępujcie do żadnego miasta samarytańskiego!  Idźcie raczej do owiec, które poginęły z domu Izraela"
W Ewangelii według św. Mateusza (Mt 23, 3-5) czytamy słowa, które brzmią jak bezpośredni komentarz do zachowania dzisiejszej prawicy: "Wiążą ciężary wielkie i nie do uniesienia i kładą je ludziom na ramiona, lecz sami palcem ruszyć ich nie chcą. Wszystkie swe uczynki spełniają w tym celu, żeby się ludziom pokazać. Poszerzają swoje filakterie i wydłużają frędzle u szat" To nakładanie ciężarów i zakazów na barki zwykłych kobiet, podczas gdy samemu korzysta się z politycznego immunitetu i finansowego bezpieczeństwa, to współczesny odpowiednik biblijnego faryzeizmu. Te wszystkie marsze, manifestacje i ostentacyjne zdjęcia z kościołów publikowane w mediach społecznościowych nie są wyrazem intymnej, głębokiej wiary. To polityczny spektakl obliczony na głosy konserwatywnego elektoratu.
W jakiego Boga wierzą Polacy?
Gdy przyjrzymy się bliżej postawom polityków oraz popierającego ich społeczeństwa, musimy zadać fundamentalne pytanie: w co tak naprawdę wierzą zadeklarowani polscy katolicy? Socjologowie religii od lat mówią o zjawisku „katolicyzmu kulturowego” lub „wiary á la carte”. Polacy masowo odrzucają realne dogmaty – badania pokazują, że ponad połowa wierzących nie wierzy w zmartwychwstanie ciał czy istnienie piekła. Co więcej, całkowicie ignorują naukę Kościoła w życiu prywatnym (antykoncepcja, rozwody, życie przed ślubem).
Religia w Polsce została sprowadzona do folkloru, narodowego rytuału i tradycji: święconki w Wielkanoc i opłatka w Wigilię. Przeciętny „obrońca wiary” modli się do zredukowanego obrazu Boga – miłego „Dziadka z brodą”, który ma zapewnić zdrowie i dobrą pogodę na urlop.
Gdy jednak skonfrontuje się ich z rzeczywistym tekstem Biblii, pojawia się opór i lęk. Wystarczy przypomnieć słowa z Księgi Wyjścia (Wj 20, 5) o „Bogu zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia”, czy surową opowieść z Księgi Hioba, gdzie Bóg zgadza się na tragiczną próbę lojalności swojego sługi. Wtedy religijna strefa komfortu współczesnego katolika natychmiast pęka. Okazuje się, że zadeklarowani chrześcijanie boją się i nie znają Boga, na którego tak chętnie się powołują, a z całej Biblii wybierają tylko te fragmenty, które pozwalają im dyscyplinować i kontrolować innych.
Podsumowanie
Dominika Chorosińska swoim zachowaniem w Sejmie wystawiła świadectwo przede wszystkim samej sobie. Pokazała, że pod płaszczykiem wielkich słów o rodzinie i Bogu kryje się pustka oraz polityczne chuligaństwo. Najgłośniej „łapcie złodzieja” krzyczy sam złodziej, a najchętniej życie innym układają ci, którzy sami mają najwięcej do ukrycia.
Najbliższe wybory parlamentarne w 2027 roku będą dla wyborców okazją, by odpowiedzieć na pytanie, czy w polskim parlamencie jest jeszcze miejsce na taką fasadowość. Dla dzieci posłanki to bolesna lekcja hipokryzji serwowanej przez własnego rodzica. Dla nas wszystkich – ostateczny dowód na to, że kiedy polityczny teatr potrzebuje agresji, „rozszerzane filakterie” natychmiast ustępują miejsca zwykłemu, sejmowemu szczekaniu.


Popularne posty z tego bloga