Anatomia spektaklu i syndrom kraba. Kim naprawdę jesteśmy w XXI wieku?

Współczesna polska debata publiczna przypomina teatr osobliwych paradoksów, w którym radykalne hasła polityczne rzadko pokrywają się z pragmatyzmem codziennego biznesu. Punktem wyjścia do zdiagnozowania głębszych, strukturalnych napięć w naszym społeczeństwie staje się internetowa mój tekst pt."Anatomia Spektaklu: Jak polityka i algorytmy ukradły nam przyzwoitość". Choć mój tekst, pisany w formule osobistego pamiętnika, rządzą się prawami subiektywnej publicystyki, u ich podstaw leżą realne, łatwo weryfikowalne fakty. Przykładem jest działalność Mateusza Morawieckiego i stowarzyszenia „Rozwój Plus”. Propozycje byłego premiera – obejmujące powołanie umundurowanej służby deportacyjnej, wprowadzenie „alertu deportacyjnego” czy postulat „totalnej, brutalnej asymilacji” – to bezpośrednia, namacalna reakcja na wydarzenia polityczne. Klucz problemu nie tkwi jednak w samych faktach, ale w mechanizmie ich cynicznej interpretacji oraz w szerszym, celowo pomijanym kontekście społeczno-ekonomicznym.
Operuję figurami retorycznymi, nazywając te propozycje „klasycznym przykładem politycznego teatru” i budowaniem kapitału na strachu. Z perspektywy politologicznej to prawdopodobna diagnoza, szczególnie gdy zestawimy ją z liczbą wiz pracowniczych wydawanych za rządów Prawa i Sprawiedliwości. Jednak zarzucanie mi , że rzucam oskarżenia o „amnezję historyczną” całej klasie politycznej czy używam mocnych pojęć typu „stochastyczny terroryzm” jest moim zdaniem przesadzone . Pamiętnikarska formuła zdejmuje ze mnie rygor akademicki, dając mi prawo do subiektywizmu, który prowokuje do dyskusji. Ta perspektywa pozwala mi na zaznaczenie tematu a nie jak mi zarzucono po macoszemu kluczowy element układanki: cyniczną, podwójną grę, jaka toczy się na styku retoryki antyimigranckiej i wolnego rynku.
Podczas gdy na scenie politycznej, ku uciesze konserwatywnego elektoratu, buduje się narrację oblężonej twierdzy i licytuje na radykalne pomysły, na zapleczu czerpie się gigantyczne zyski z taniej siły roboczej. Reportaże śledcze wielokrotnie obnażały powiązania lokalnych działaczy i przedsiębiorców – również tych kojarzonych z radykalną prawicą czy Konfederacją – z agencjami pośrednictwa pracy sprowadzającymi obcokrajowców. System ten żeruje na lukach prawnych, chociażby na ułatwieniach dla fikcyjnych „studentów”, którzy na uczelniach nigdy się nie pojawiają. To esencja polityki spektaklu: straszenie migrantem w świetle jupiterów i zatrudnianie go po cichu na halach produkcyjnych.
To właśnie w tym miejscu rodzi się prawdziwy, oddolny gniew mieszkańców mniejszych miast. Gdybym rozwinęła mechanizm „straszaka”, musiałaby opisać brutalną rzeczywistość polskich magazynów i fabryk, będących współcześnie prawno-związkową pustynią. W warunkach braku silnych instytucji pracowniczych nieuczciwi pracodawcy celowo używają obecności migrantów jako narzędzia szantażu ekonomicznego i emocjonalnego wobec polskich załóg. Hasła typu: „Jak się nie podoba, mam na wasze miejsce ludzi z Azji czy Ukrainy, którzy będą robić za minimalną i nie będą narzekać” służą tłumieniu żądań płacowych i celowemu rozbijaniu solidarności pracowniczej. Złość zmęczonego robotnika zostaje w ten sposób przekierowana z wyzyskującego go szefa na obcokrajowca, który sam jest oszukiwany przez agencje pracy tymczasowej. Zamiast wspólnego frontu przeciwko złym warunkom, na dole drabiny społecznej wybucha lokalna wojna zastępcza. Gdybym miała zamiast pojęć o „stochastycznym terroryzmie” obnażyć ten bezwzględny sojusz biznesu i polityki, głęboki wymiar klasowy, pokazując, że pod płaszczykiem patriotyzmu kryje się zwykły, brudny zysk musiałby powstać oddzielny tekst a ja chciałam wywołać dyskusję na wykorzystywania ludzi a nie na temat braków w tym co piszę.
Ten utylitarny stosunek do inności ma swoje odzwierciedlenie w zjawisku, które socjologia nazywa neokolonialnym stylem podróżowania. Polacy, po latach poczucia bycia „uboższym krewnym” Europy Zachodniej, chętnie odreagowują dawne kompleksy podczas wakacji all inclusive w Egipcie, Turcji czy Tunezji. Pojawia się tam potrzeba bycia obsługiwanym i chwilowego poczucia wyższości; kupujemy „egotykę”, jednocześnie odgradzając się od niej wysokim murem hotelowego resortu. Problem pojawia się wtedy, gdy ten sam „egotyczny” świat przyjeżdża do Polski do pracy. Czar pryska, ponieważ obcokrajowiec przestaje być opłaconą atrakcją turystyczną, a staje się realnym sąsiadem. Chcemy owoców globalizacji – tanich ubrań z Bangladeszu, kebabów i jedzenia dowożonego przez azjatyckich kurierów z aplikacji – ale odrzucamy ich koszty społeczne. To konsumpcja bez relacji: „bądź niewidzialnym robotnikiem, ale nie próbuj tu żyć”.
Ostatecznie debata o migracji w Polsce nie jest wcale dyskusją o ekonomii czy bezpieczeństwie – to debata o naszej własnej, niedojrzałej tożsamości. Nie potrafimy wejść w relację z obcokrajowcem jak równy z równym: albo przed kimś klękamy w bezkrytycznym zachwycie (jak przed USA), albo patrzymy na niego z góry (jak na migrantów zarobkowych). Boimy się, że spotkanie z „innym” obnaży nasze kompleksy i zmusi nas do zdefiniowania, kim właściwie jesteśmy w XXI wieku. Nasza bezkrytyczna miłość do Stanów Zjednoczonych to w istocie miłość do popkultury: Hollywood, iPhonów i statusu globalnego mocarstwa. Całkowicie wypieramy przy tym fakt, że ten mityczny „amerykański sen” został zbudowany przez migrantów i stoi na fundamencie wielokulturowości oraz pluralizmu. Chcemy amerykańskiego blichtru, odrzucając jego strukturę. Co więcej, w homogenicznej kulturze obronnej każda próba wykazania ciekawości wobec innych kultur jest natychmiast glajchszaltowana przez środowiska radykalne jako „zdrada” lub „oikofobia”. Patriotyzm definiuje się tu przez zamknięcie i cierpienie, a nie rozwój, co ma na celu uciszenie debaty i wymuszenie konformizmu. Działa tu mechanizm wahadła: podszyte kompleksem niższości poczucie gorszości wobec mitycznego „Zachodu” nadrabiamy agresywną dumą narodową i mesjanistycznymi hasłami o byciu „ostatnim bastionem normalności”.
Ta narodowa megalomania, doskonale znana w historii jako staropolski „syndrom Lacha”, w zastraszający sposób infekuje także najmłodsze pokolenie. Objawia się to w ślepym, wręcz bezkrytycznym zachwycie ideą potencjalnego „Polexitetu”. Wśród części młodych ludzi dominuje przekonanie, że jeśli Polska opuści Unię Europejską, to nas nie spotka scenariusz brytyjski, ponieważ jesteśmy „mądrzejsi i sprytniejsi”. To myślenie opiera się na trzech tragikomicznych błędach. Po pierwsze, na wierze we własną, ułańską zaradność: jeśli potężna brytyjska gospodarka po Brexicie zderzyła się ze ścianą recesji i chaosem, to nadwiślański naród uważa, że dzięki „kombinatorstwu” rozegra to lepiej. Po drugie, to ponowna próba konsumpcji bez kosztów – młodzi antyunijni aktywiści chcą granic bez paszportów (Schengen), programu Erasmus, tanich zakupów w sieci i infrastruktury za euro, odrzucając jednocześnie jakiekolwiek obowiązki i mechanizmy solidarnościowe wspólnoty. Chcą być „panami”, którzy biorą z Unii to, co wygodne, a gdy wspólnota wymaga kompromisu, trzaskają drzwiami, wierząc, że Europa i tak będzie ich prosić o powrót. Po trzecie, jest to kompletna amnezja geopolityczna. Brytyjczycy leżą na bezpiecznej wyspie; Polska leży w najgorętszym, tektonicznym punkcie mapy Europy. Wiara, że możemy być samotną, dumną i bezpieczną twierdzą poza strukturami Zachodu, to skrajna nieodpowiedzialność i podcinanie gałęzi, na której sami siedzimy.
W tym miejscu ujawnia się najsmutniejsza prawda o naszej zbiorowości: jako społeczeństwo od tysiąclecia wykazujemy głęboki opór przed wyciąganiem wniosków z historii. Skoro rozbiory, krwawe powstania, katastrofa II wojny światowej ani bolesna transformacja ustrojowa nie nauczyły nas pragmatyzmu, trudno wierzyć, że jakakolwiek lekcja odniesie skutek. Wynika to z faktu, że w polskiej matrycy kulturowej najwyższą wartością pozostaje kult heroicznego cierpienia i moralnego zwycięstwa w obliczu klęski, a nie nudna, codzienna praca u podstaw. Każdą katastrofę potrafimy tak pięknie przekuć w powód do dumy i mit o „Chrystusie narodów”, że tracimy jakikolwiek bodziec do chłodnej analizy własnych błędów. Towarzyszy temu całkowity brak ciągłości instytucjonalnej – przez wieki resetowania państwowości nauczyliśmy się ufać wyłącznie rodzinie i partyzantce, a nie prawu i procedurom. Ta partyzantka i kombinatorstwo, które pomagały nam przetrwać pod zaborami czy w PRL-u, dziś – w wolnym kraju i zintegrowanej Europie – są naszą największą kotwicą. W efekcie mentalnie tkwimy w „wiecznym wieku nastoletnim”, reagując na świat wyłącznie emocjami i urażoną dumą.
Głębsza prawda bywa jednak znacznie bardziej prozaiczna niż jakikolwiek mityczny „kod kulturowy”: u podstaw naszej stagnacji leży zwykłe lenistwo, brak cywilnej odwagi oraz powszechny konformizm podszyty zawiścią. To klasyczny, socjologiczny „syndrom wiadra z krabami” – gdy tylko jednostka wybitna, z odważną wizją lub realnym sukcesem, próbuje wspiąć się wyżej i wyciągnąć resztę z marazmu, otoczenie natychmiast ściąga je na dno. Sukces bliźniego rzadko bywa dla nas inspiracją; częściej traktujemy go jako osobistą zniewagę, którą trzeba zdeprecjonować, by usprawiedliwić własną bierność. Niszczenie ludzi, którzy coś osiągnęli, zdejmuje z reszty odpowiedzialność za własne lenistwo i brak działań. Łatwiej jest zdeprecjonować czyjś sukces, niż przyznać przed samym sobą: „on ciężko pracował i zaryzykował, a ja stałem w miejscu”.
Ta dewastująca dynamika napędza polską politykę, która toczy się w krótkowzrocznym cyklu – od jednych wyborów do drugich, dokładnie w rytmie opisanego przeze mnie spektaklu. Każdy, kto proponuje głębokie, systemowe reformy, kto ma odwagę patrzeć dwadzieścia lat do przodu i rzucić wyzwanie skostniałemu układowi, jest natychmiast etykietowany przez konkurentów jako „oszołom”, „fircyk” lub – po prostu – odsyłany do psychiatry. Przeciętność i marazm stały się tarczą chroniącą status quo. Cynicznym graczom politycznym znacznie łatwiej jest zarządzać zbiorowym strachem, podsycać fobie i rozdawać prymitywne, populistyczne obietnice, niż wejść w merytoryczną dyskusję z kimś, kto posiada realną wizję rozwoju.
Ostatecznie lenistwo intelektualne okazuje się przerażająco wygodne. Prawdziwa ciekawość świata i wyjście przed szereg wymagają bowiem wzięcia pełnej odpowiedzialności za własne poglądy i życie. O wiele prościej jest schować się w bezimiennym tłumie, bezmyślnie powtarzać gotowe, agresywne hasełka podsuwane przez partyjne konta na TikToku czy X (dawnym Twitterze) i zrzucać winę za własne niepowodzenia na „zły los” lub „obcych”. Wyjście przed szereg w Polsce oznacza automatyczne wystawienie się na strzał – stajesz się wrogiem zarówno dla cynicznej władzy, jak i dla własnego, zawistnego otoczenia. Największym hamulcem rozwojowym Polski nie są więc migranci, unijne procedury, ani zewnętrzne spiski. Naszą największą tragedią jest głęboko zakorzeniona, organiczna niechęć do ludzi mądrych, odważnych i pracowitych. Współczesny polski radykalizm i tożsamościowe zagubienie są karmione podwójnie: przez pusty portfel wyzyskiwanego pracownika oraz zamkniętą, zalęknioną głowę obywatela, który nienawidzi inności z zewnątrz tak samo mocno, jak nienawidzi odwagi i sukcesu wewnątrz własnego domu.

Popularne posty z tego bloga