Anatomia współczesnej izolacji. O rewolucji zwyczajnego „dzień dobry”



 Ściana, ekran i powrót do korzeni
Czy są wśród nas jeszcze tacy ludzie? Ludzie, dla których słowo „sąsiad” oznacza żywego człowieka za ścianą – z jego historią, zmęczeniem i imieniem – a nie jedynie algorytmiczny konstrukt, na który należy wylewać żółć w komentarzach? To pytanie, choć brzmi jak tęsknota,  manifest minionej epoki, dotyka najgłębszego kryzysu humanizmu XXI wieku.
Niedawno miałam okazję obserwować scenę, która bezlitośnie obnażyła nienaturalność obecnego, podsycanego przez media głównego nurtu dyskursu antyimigracyjnego. Na zwykłej, szarej klatce schodowej młoda Ukrainka, wyraźnie zmęczona po całym dniu ciężkiej pracy, bez słowa przejęła ciężkie zakupy od starszej, schorowanej Polki i wniosła je razem ze mną  na trzecie piętro. Zrobiła to bez blasku fleszy, bez politycznych manifestów, bez zbędnych słów za to ze szczerym uśmiechem i życzliwością  . Był to czysty, organiczny odruch serca.
Ta dziewczyna nie musiała znać akademickich teorii o neospółdzielczości ani socjologicznych definicji kapitału społecznego. Intuicyjnie uczyniła to, co współczesny, zamknięty w złudnej cyfrowej bańce nomada uważa za szczyt ekstrawagancji: przekroczyła barierę własnego komfortu i wyciągnęła rękę do drugiego człowieka. Dlaczego więc dla większości z nas, uzbrojonych w najnowszą technologię i rzekomą wolność, ten prosty gest stał się dziś barierą nie do przejścia?
Architektura lęku: Sojusz polityki i Big Techu
Ta prosta, klatkowa scena bezlitośnie obnaża fałsz i hipokryzję rzeczywistości, którą sami sobie ufundowaliśmy. Żyjemy w kleszczach dwóch potężnych narracji, które z pozoru odległe, karmią się tym samym paliwem – atomizacją społeczeństwa. Z jednej strony wielka polityka karmi nas lękiem przed „obcym”, budując na fobiach antyimigracyjnych intratny kapitał wyborczy. Z drugiej strony korporacje z sektora Big Tech wmawiają nam, że szczytem ewolucji społecznej jest cyfrowy nomada – absolutnie niezależny, mobilny, rzekomo wolny, a w rzeczywistości zamknięty w sterylnym świecie swoich słuchawek z aktywną redukcją szumów.
W tym punkcie oba te nurty spotykają się w destrukcyjnej synergii: produkują człowieka skrajnie samotnego, który zaczyna bać się własnego cienia. Bo czym tak naprawdę jest ten wstrętny, współczesny lęk przed drugim człowiekiem? To ta sama bariera psychologiczna, która paraliżuje nas przed zapukaniem do drzwi obok. Przenieśliśmy nasze relacje do sieci, ponieważ tam są one bezpieczne, kontrolowane i przede wszystkim – edytowalne. W cyfrowym uniwersum możemy kogoś zablokować, usunąć ze znajomych, skasować jednym kliknięciem.
Realne spotkanie – czy to z seniorką potrzebującą pomocy, czy z migrantem zza wschodniej granicy – wymaga od nas czegoś, czego algorytmy nienawidzą najbardziej: spontaniczności, wyjścia ze strefy komfortu i odrzucenia gotowych, medialnych klisz. Ta dziewczyna z Ukrainy, wnosząc zakupy na trzecie piętro, zrobiła coś znacznie większego niż sąsiedzka przysługa. Ona mimowolnie wykonała najbardziej rewolucyjny akt nowoczesności: rozbiła bańkę narodowych uprzedzeń i cyfrowego narcyzmu za pomocą jednego, fizycznego gestu.
Patodeweloperka i eksterminacja „trzeciego miejsca”
Sam odruch serca okazuje się jednak bezsilny, jeśli przestrzeń wokół nas zostaje celowo zaprojektowana tak, aby nas od siebie odizolować. Socjologia od lat posługuje się kluczowym pojęciem „trzeciego miejsca” – przestrzeni między domem (pierwszym) a pracą (drugim), gdzie rodzi się autentyczna, zdrowa tkanka społeczna. To tam, na placach, w parkach, czy na tej przysłowiowej ławce pod blokiem, obcy sobie ludzie mają szansę stać się sąsiadami.
Tymczasem współczesna patodeweloperka, ramię w ramię z cyfrowym sterylizatorem relacji, prowadzi systematyczną eksterminację tych miejsc. Buduje się dziś betonowe getta – luksusowe lub budżetowe klatki, blokowiska bez skrawka zieleni, bez świetlic, bez ani jednej ławki, na której mogłaby usiąść wspomniana starsza Polka, by zamienić słowo z wracającą z pracy Ukrainką.
Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź jest porażająco pragmatyczna. W oczach dewelopera ławka to „strata powierzchni handlowej” lub potencjalnego miejsca parkingowego. W oczach wystraszonych, uwarunkowanych przez media mieszkańców – to z kolei potencjalne miejsce spotkań „elementu podejrzanego”. Wolimy grodzić osiedla szlabanami, drutem kolczastym i kamerami, tworząc złudną iluzję bezpieczeństwa, która w rzeczywistości jest jedynie architekturą głębokiej nieufności.
Zostaliśmy zamknięci w cyfrowych, sterylnych kapsułach, a przestrzeń publiczna została sprowadzona do roli korytarzy transportowych między pracą a domowym ekranem. Nowy chłop pańszczyźniany – uwiązany do kredytu hipotecznego – nie ma swojego placu wiejskiego. Ma tylko ciasny, betonowy balkon z widokiem na parking i okno sąsiada, którego imienia nawet nie chce znać.
Głód autentyczności: Gdzie kiełkuje opór?
Czy jesteśmy więc ostatecznie straceni na rzecz cyfrowego chłodu i wszechobecnego betonu? Na szczęście ludzka natura stawia opór. Tęsknota za wspólnotą zaczyna kiełkować w najbardziej nieoczekiwanych miejscach, a ten głód dostrzegają nawet wielkie korporacje. Masowa kampania reklamowa T-Mobile z udziałem Dawida Podsiadło, oparta na prostym haśle zachęcającym do powiedzenia sąsiadowi „dzień dobry”, nie wzięła się przecież z altruizmu korporacji. To potężny, rynkowy dowód na to, że cyniczni marketerzy bezbłędnie namierzyli nasz największy, narodowy deficyt: palący głód autentycznego, niecyfrowego kontaktu z człowiekiem za ścianą.
Tęsknota za „trzecim miejscem” pulsuje w nas niezwykle silnie. Wystarczy spojrzeć na trawniki przed akademikami, gdzie studenci potrafią tłumnie skrzyknąć się wokół jednego, skromnego grilla. Wystarczy przyjrzeć się miejskim parkom, w których deweloperom nie udało się jeszcze zalać betonem każdego metra kwadratowego. Tam, gdzie pojawiają się ławki, leżaki i odrobina cienia, natychmiast pojawiają się ludzie. Siedzą całymi grupami, rozmawiają, biesiadują, a co najważniejsze – patrzą sobie w oczy, a nie w ekrany smartfonów. Potencjał neospółdzielczości i solidarności drzemie w każdym z nas. To, czego nam brakuje, to fizyczna infrastruktura oraz odwaga do przełamania pierwszych lodów.                          Codzienne akty odwagi
Wiemy dobrze, że nie wyciągniemy z cyfrowych jaskiń wszystkich i nie zburzymy murów obronnych z dnia na dzień. Ale od czegoś trzeba zacząć. Uzdrowienie tkanki społecznej nie wymaga od nas rewolucji ustrojowej ani globalnych reform. Wymaga małych, codziennych, wręcz mikroskopijnych aktów cywilnej odwagi. Zaczyna się od jednego uśmiechu na klatce schodowej, od jednej pożyczonej wiertarki czy szklanki mąki, od solidarnej obrony przysłowiowej ławki pod blokiem przed zakusami dewelopera.
Kiedy następnym razy miniesz na schodach obcokrajowca wnoszącego ciężkie zakupy, starszą sąsiadkę potrzebującą pomocy czy po prostu człowieka, którego twarz kojarzysz, ale jego imię nawet nie  znasz  – zatrzymaj się. Wyjmij słuchawki z uszu. Przełam sterylny szum otoczenia i powiedz to proste, rewolucyjne „dzień dobry”. Odzyskajmy nasze trzecie miejsca i naszą ludzką podmiotowość, zanim algorytmy i beton ostatecznie nauczą nas, jak być absolutnie obcymi we własnych domach.


Popularne posty z tego bloga