Klimatyzacja włączona, złudzenia wyłączone. Letni przegląd polskiego piekiełka
Są takie dni, kiedy upał leje się z nieba, a człowiek marzy tylko o świętym spokoju, zimnej lemoniadzie i cieniu. Niestety, wystarczy na moment włączyć wiadomości, żeby ciśnienie skoczyło mocniej niż temperatura na termometrze. Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym. Planowałam lekki, letni wpis, ale rzeczywistość i pewien prominentny mieszkaniec Belwederu zadziałali na mnie jak płachta na byka. No i pękłam. Szkoda zmarnować temat, więc usiądźcie wygodnie – czas na kilka gorzkich, ale szczerych przemyśleń o tym, w co zamieniła się nasza scena publiczna.
Salon czy budka z piwem?
Zaczęło się od powrotu „starego” w nowym, jeszcze bardziej krzykliwym wydaniu. Oglądam relacje z zagranicznych spotkań naszego obecnego prezydenta, Karola Nawrockiego, i ogarnia mnie czysta, ludzka alergia. Gdzie podziali się mężowie stanu? Gdzie podziały się żony stanu – wyważone, pełne klasy, potrafiące zachować powagę na międzynarodowych salonach?
Zamiast tego dostajemy styl, który bardziej pasuje do biesiady pod budką z piwem niż do reprezentowania dumnego narodu. Kiedy widzę ten jego szeroki, niemal dziecięcy uśmieszek w obecności Donalda Trumpa – jakby ktoś wpuścił malucha do sklepu z darmowymi cukierkami – robi mi się po prostu po ludzku wstyd. Czy głowie państwa naprawdę wypada biegać z taką miną, jakby ze szczęścia zaraz miał się posikać? Ktoś tu chyba pomylił powagę urzędu z realizacją własnych kompleksów. Kto by pomyślał, że słowa " prezydent Nawrocki" przejdą mi przez gardło z tak wielkim bólem.
Sojowe latte kontra prawdziwy robotnik
To wizerunkowe błoto płynnie łączy się z kolejnym dramatem naszej polityki – całkowitym osieroceniem ludzi pracy. Gdzie jest dzisiaj prawdziwa lewica? Taka w stylu dawnego PPS-u, która potrafiła wziąć na sztandary autentyczną walkę o robotnika, zorganizować pracę od podstaw i zjednoczyć naród wokół wspólnego interesu ekonomicznego?
Nie ma jej. Współczesna lewica woli urządzać wojenki kulturowe w mediach społecznościowych, popijając sojowe latte i zagryzając wegańskim kotletem. I tak, wiem – Agnieszka Dziemianowicz-Bąk i Krzysztof Gawkowski starają się w swoich ministerstwach, robią tam dobrą, rzemieślniczą robotę. Ale to urzędnicy, nie trybuni ludowi. Nie ma tam nikogo, kto porwałby za sobą tłumy. Młodzi, bezkompromisowi działacze, bez kompleksu „komucha”, tacy jak Łukasz Michnik, mogliby zrobić raban. Co z tego, skoro partyjny beton szybko spycha ich do tylnych rzędów? Mają tam grzecznie nasiąknąć starymi nawykami, ubrać się w poprawne garnitury i broń Boże nie zagrażać pozycji liderów, którzy wolą bezpieczne 5% poparcia i święty spokój.
Wielką nadzieją miało być Razem, ale zamiast realnego działania wybrali wygodną rolę „Krytyka rządu z kanapy”. Wolą naśladować taktykę Konfederacji, recenzować rzeczywistość z bezpiecznego dystansu i mieć czyste, ale całkowicie bezużyteczne ręce. Potencjał zmarnowany na własne życzenie.
Związkowe pijawki i samotność w małej firmie
A jeśli nie politycy, to może chociaż związki zawodowe? Wolne żarty. Dzisiejsze wielkie związki w państwowych gigantach, takich jak JSW, stały się zwykłymi przybudówkami partyjnymi. To korporacje i pijawki, które drenują kieszenie ciężko pracujących ludzi. Górnicy ryzykują życie pod ziemią, oddając swoje składki, podczas gdy wierchuszka związkowa żyje w całkowitym oderwaniu od rzeczywistości. Siedzą w klimatyzowanych gabinetach, handlują poparciem politycznym i dbają wyłącznie o własne, potężne stołki.
I tu dochodzimy do najsmutniejszego wniosku. Jeśli pracujesz w wielkiej spółce skarbu państwa, możesz palić opony na torach i wywalczyć kolejną roczną premię. Ale jeśli jesteś szarym pracownikiem w małym, prywatnym sklepie, warsztacie czy biurku lokalnej firmy – jesteś pozostawiony sam sobie. Skazany na relację jeden na jeden z szefem, bez rad pracowniczych, bez realnej ochrony PIP-u i ze strachem przed utratą jedynego źródła dochodu.
Ideałów na tym świecie najwyraźniej nie ma. System jest dziurawy, politycy dbają o swoje ego, a związki zawodowe o swoje portfele.
Na dziś zamykam ten bolesny bilans polskich realiów. Przy tym upale szkoda marnować resztki energii na ludzi, którzy na to nie zasługują. Temat na pewno jeszcze kiedyś rozwiniemy, a tymczasem wracam do chłodzenia się i szukania normalności w tym małym, moim własnym świecie.