Kto ma wizję, ten niech idzie do lekarza? Dlaczego polskie innowacje umierają w blasku fleszy
Są słowa, które w polskiej polityce wracają jak bumerang i po latach bolą mocniej niż w dniu, w którym padły. Pamiętacie słynne zdanie Donalda Tuska: „Kto ma wizje, niech idzie do lekarza”? Rzucone kiedyś jako złośliwy bon mot, z czasem stało się najsmutniejszą, najbardziej destrukcyjną definicją polskiej filozofii rządzenia. Polityka „ciepłej wody z kranu”, administrowanie teraźniejszością i łatanie bieżących dziur budżetowych – oto nasz narodowy horyzont.
Tymczasem brutalna prawda jest taka: wizja przyszłości to nie luksus dla bogatych – to jedyna droga, by do grona tych bogatych i bezpiecznych państw w ogóle dołączyć. A my? My traktujemy naukę i nowoczesne technologie jak kosztowny kwiatek do kożucha, zamiast widzieć w nich to, czym są w rzeczywistości – jedyne koło zamachowe, które może wyciągnąć ten kraj z pułapki średniego rozwoju.
Anatomia narodowego fatum: Grafen, perowskity i... kosmos?
Popatrzcie na nasze podwórko. Przecież my od lat chorujemy na ten sam, powtarzający się co dekadę syndrom. Mamy genialnych naukowców, kosmiczny potencjał w laboratoriach, a potem przychodzi faza wdrożenia i państwo polskie koncertowo kładzie się na łopatkach.
Pamiętacie polski grafen? Ponad dekadę temu dr Strupiński dał nam patent na technologię, która miała z nas zrobić drugą Dolinę Krzemową. Politycy wszystkich opcji zjeżdżali się na zdjęcia, premierzy prężyli piersi. Jak to się skończyło? Spółką Nano Carbon rządzili polityczni nominaci, unikalne maszyny za miliony pokryły się kurzem, a ostatecznie syndyk zlicytował majątek za grosze. Świat nam uciekł, zarabiają inni.
Myślicie, że wyciągnęliśmy wnioski? Skądże. Świeża sprawa: Olga Malinkiewicz i jej perowskity. Rewolucyjne ogniwa słoneczne drukowane na elastycznych foliach. Fabryka we Wrocławiu – pierwsza na świecie! I co? Brak systemowego, potężnego wsparcia państwa wepchnął Saule Technologies w ramiona drapieżnego, lokalnego kapitału. Zamiast globalnego rozwoju dostaliśmy brutalną wojnę korporacyjną. Genialną fizyczkę odwołano z zarządu własnej firmy, fabrykę zamknięto, spółkę wyrzucono z giełdy, a bezcenną technologią i próbami jej wywiezienia z kraju musiało zająć się ABW. Kolejna perła utknęła w prokuratorskich segregatorach, a nasi najlepsi naukowcy spakowali walizki i wyjechali do Szwajcarii, USA i Japonii.
A teraz spójrzmy w niebo. Kosmos jest nasz, prawda? Dr Sławosz Uznański poleciał na ISS, spędził na orbicie kilkanaście dni, przeprowadził 13 arcyważnych, zaprojektowanych w Polsce eksperymentów. Państwo zapłaciło za ten bilet 65 milionów euro. I co dalej? Sławosz wrócił, politycy zrobili sobie z nim „focie” na tle rządowego Boeinga, premier wygłosił piękne przemówienie o tym, że „warto marzyć”, po czym schowano sprawę do szuflady. Sławosz jeździ dziś po konferencjach jako atrakcja i mówca motywacyjny, a systemowego, miliardowego programu budowy w pełni suwerennych polskich satelitów jak nie było, tak nie ma. Na szczęście nasz prywatny sektor kosmiczny wycisnął te eksperymenty jak cytrynę i poradzi sobie na rynku komercyjnym – ale zrobi to wbrew systemowi, a nie dzięki niemu.
Nauka to inwestycja, nie wydatek!
Dlaczego wciąż kręcimy się w tym kółku niepowodzeń i wiecznie obwiniamy wszystkich dookoła? Ponieważ nasi decydenci mają mentalność niedouczonych księgowych , a nie wizjonerów. W tabelkach budżetowych nauka zawsze ląduje po stronie „kosztów”. A przecież przy odrobinie odwagi, na samym globalnym komercjalizowaniu patentów z domeną
.pl, moglibyśmy zasilać budżet państwa niewyobrażalnymi miliardami!Kraje takie jak Korea Południowa, Izrael czy Singapur dekady temu były biedne. Wyrwały się z tego, bo ich rządy miały bezczelną, upartą wizję na 20 i 50 lat w przód. Uznały, że wpompują gigantyczne pieniądze w półprzewodniki czy biotechnologię, nawet jeśli przez pierwszą dekadę będą na minusie. U nas myślenie kończy się na horyzoncie najbliższych wyborów. Jeśli coś nie przyniesie słupków poparcia w 24 miesiące projekt idzie do kosza, urzędnicy panicznie boją się ryzyka. Wolą nie dać nic, żeby NIK nie zarzucił im „niegospodarności”.
Czas z tym skończyć. Przestańmy się cieszyć, że jesteśmy montownią i zapleczem logistycznym dla zachodnich korporacji. Cieszymy się z miejsc pracy przy taśmie, zapominając, że prawdziwa marża i podatki od najwyższych technologii płyną do Seulu, Berlina czy Doliny Krzemowej.
Dopóki w Polsce „wizjoner” będzie synonimem „wariata”, którego należy odesłać do lekarza, dopóty będziemy krajem niewykorzystanych szans. Nauka to nie jest drogie hobby dla bogatych państw. Nauka to jedyny bilet wstępu do tego ekskluzywnego klubu. Albo to wreszcie zrozumiemy i zaczniemy chronić nasze naukowe perełki systemowym, potężnym parasolem, albo na zawsze zostaniemy w ogonie świata, z łezką w oku wspominając, co „mogliśmy” osiągnąć.