Klątwa Mieszka i płonących granicach: Zapiski z epoki wielkiego przełomu

Świat w 2026 roku zignorował ludzkie tęsknoty za nudnym sezonem ogórkowym. Zamiast ciszy, sierpień przyniósł gwałtowne zawirowania: od krwawiących na czerwono azjatyckich giełd technologicznych, przez napięcia w Cieśninie Hormuz, aż po ukraińskie drony dalekiego zasięgu, które z chirurgiczną precyzją zamieniły rosyjskie rafinerie, gigantyczne centra logistyczne e-commerce w Wołgogradzie i zakłady w Jarosławiu w płonące pochodnie. Wojna rosyjsko-ukraińska weszła w fazę totalnego wyniszczenia – starcia o to, czyj system finansowy, infrastruktura energetyczna i stabilność społeczna załamią się jako pierwsze. W tej bezwzględnej grze Ukraina zyskała potężnego asa w rękawie w postaci własnego, niezależnego programu rakiet balistycznych FP-7 i FP-9, zdolnych razić cele w samej Moskwie.
Jednak prawdziwy dramat tego konfliktu nie rozgrywa się wyłącznie na linii frontu czy w płonących bazach paliwowych Kremla. Rozgrywa się on w gabinetach dyplomatycznych, gdzie zachodni pragmatyzm i mocarstwowa obłuda Waszyngtonu – wysyłającego do Kijowa deweloperów pokroju Jareda Kushnera czy Steve’a Witkoffa, by traktowali suwerenny naród jak biznesowy arkusz kalkulacyjny – próbuje wymusić na Ukrainie zgniły kompromis. Ta polityczna hipokryzja, która z jednej strony lęka się kosztów humanitarnych zimy w Europie, a z drugiej przymyka oko na tragedie dzieci w Strefie Gazy i Libanie, rzuca ponury cień na całą architekturę współczesnego świata.
W centrum tego geopolitycznego huraganu znajduje się Polska – państwo o unikalnym położeniu strategicznym, które zamiast stać się podmiotowym liderem regionu, dobrowolnie kręci się w chocholim tańcu, uwięzione w mrocznym uścisku mechanizmu, który można nazwać „Klątwą Mieszka”.
To historyczne przekleństwo narodziło się ponad tysiąc lat temu, gdy Mieszko I, tłukąc swoich słowiańskich pobratymców na zlecenie cesarza, oddał państwo pod zewnętrzną opiekę w dokumencie Dagome iudex. Od tamtej pory w polskiej matrycy politycznej zakorzenił się fatalny odruch: paraliżujący brak wiary we własne siły, ucieczka przed budowaniem suwerennej potęgi i wieczne szukanie potężnego protektora na zewnątrz. Wczoraj szukano go w Rzymie czy Paryżu i Londynie, co w 1939 roku skończyło się narodową tragedią, dziś bezkrytycznie klęka się przed Waszyngtonem, zapominając, jak często mocarstwa rzucały nas na pastwę Moskwy w imię własnych interesów. To mentalność, która każe nam udawać silnych wobec partnerów z regionu, których uznajemy za słabszych, i jednocześnie płaszczyć się przed globalnymi graczami.
Klątwa Mieszka karmi się społeczną ignorancją. Jesteśmy narodem, który z własnych dziejów uczynił zbiór pustych rocznic do wyuczenia na blachę. Znamy datę 1410, ale kompletnie nie rozumiemy ciągu przyczynowo-skutkowego. Grunwald, będący symbolem militarnej potęgi, stał się jednocześnie symbolem dyplomatycznego dyletanctwa – zaprzepaszczonej okazji, w której niedorżnięty krzyżacki wrzód rósł przez stulecia, by ostatecznie rozszarpać Polskę jako Prusy w rozbiorach. Pełne wory takich niewykorzystanych szans niesiemy przez wieki aż do dzisiaj.
Gdy w lutym 2022 roku na chwilę wyszliśmy z tego kołowrotka, otwierając serca i domy dla milionów Ukraińców, świat patrzył na nas z podziwem. Pokazaliśmy podmiotową, ludzką siłę. Jednak zaraz potem uruchomiła się ta sama narodowa matryca. Zamiast przekuć ten gigantyczny kapitał w twarde, strategiczne sojusze wojskowe i gospodarcze, polscy politycy zeszli do poziomu bazarowej kłótni o zboże czy przewoźników i ordery, a historia stała się maczugą w walce o głosy. W efekcie świat zapamięta nas z medialnych doniesień o licytowaniu się na antyukraińskie nastroje, a nie z pięknego zrywu solidarności.
Ta słabość i amatorszczyzna rozlewa się na każdy kierunek naszej polityki zagranicznej. Gdy Hiszpania sprawnie i humanitarnie radziła sobie z masowym kryzysem migracyjnym z Maroka, Warszawa zamiast zbudować z Madrytem potężny sojusz dwóch flanek i wymusić na Brukseli miliardy na ochronę granic, wolała podpisać bzdurny list i protekcjonalnie pouczać partnerów z Południa. Podobnie leży i nawet nie kwiczy polityka wobec naszych naturalnych buforów. Skandynawia i kraje bałtyckie, widząc wieczną, polsko-polską wojenkę i kopanie po kostkach, przestały na nas czekać. Wyciągały do nas rękę, lecz zostały zlekceważone. Bałtowie i Skandynawowie budują dziś żelazny blok obronny bez nas, zamieniając Bałtyk w swoje wewnętrzne jezioro, podczas gdy Polska marnuje szansę, by z pozycji siły zacisnąć pętlę wokół odciętego i bezbronnego Królewca, grając na jego pełną demilitaryzację i autonomię pod naszą kuratelą.
Dlaczego tak się dzieje? Ponieważ w Warszawie nie ma mężów stanu. Na najważniejszych urzędach w państwie, w tym na tym najwyższym, prezydenckim, zasiadają ludzie o mentalności „kiboli spod budki ze snusami”. Karol Nawrocki, budujący swoją karierę na podsycaniu najprostszych, plemiennych emocji i historycznych resentymentów, jest tego najsmutniejszym dowodem. Gdy elity rządzące fiksowane są na Berlin i Paryż, a Pałac Prezydencki wzdycha do amerykańskiej prawicy i chichocze ze szczęścia na widok Trumpa , polityka zagraniczna staje się jedynie tanim paliwem do wewnętrznej wojny partyjnej. Co gorsza, młode pokolenie Polaków wcale tej lekcji nie odrobiło – wysokie poparcie dla Konfederacji, Korony Brauna,  PiS czy PSL (które gładko weszło w antyukraińską retorykę) pokazuje, że młodzież równie łatwo ulega populistycznym, emocjonalnym hasłom oblężonej twierdzy.
Przed nami sądny dzień. Nadchodząca zima będzie kluczowa i to ona bezwzględnie przetestuje nasze społeczeństwo. Kijów, choć zrażony naszą chwiejnością rozmawia dziś głównie z Londynem i Berlinem, fizycznie wciąż jest uzależniony od polskiej pępowiny logistycznej i energetycznej. Gdy ukraińskie miasta staną w obliczu mrozów i ciemności, a widmo wyborów parlamentarnych w Polsce w 2027 roku zacznie paraliżować decyzje nominowanych z klucza partyjnego prezesów spółek energetycznych, staniemy przed ostatecznym wyborem.
Czy ulegniemy zmęczeniu, podsycanej przez polityków niechęci i strachowi o własne portfele, pozwalając, by cyniczna licytacja wyborcza ostatecznie odizolowała nas w regionie? Czy może jednak – na co wciąż tli się głęboka, choć ryzykowna nadzieja – brutalny kryzys nas ocuci? Zderzenie ze ścianą zimowej rzeczywistości ma moc rozganiania politycznej mgły. Obyśmy tym razem, jako społeczeństwo, wykazali się większą mądrością niż ludzie na państwowych salonach, zanim Klątwa Mieszka zatrzaśnie się nad naszymi głowami na kolejne stulecie.

Popularne posty z tego bloga