Poza matnią algorytmicznego gniewu. Męskość przepisana na nowo
Lata 70. ubiegłego wieku, ciepłe popołudnie. Mój tatuś stoi w ogrodzie i z pełnym spokojem wiesza na sznurku wyprane pieluchy. Nagle podchodzi do niego jego własna matka, załamując ręce: „Co ty robisz? Przecież przez to śmieje się z ciebie cała ulica!”. Mój tata jednak nie przestał przypinać klamerek. Wybrał bliskość, miłość i odpowiedzialność zamiast fałszywie pojętej męskiej dumy. Musiał wtedy stawić czoła „analogowemu algorytmowi oburzenia” – lokalnej presji sąsiedzkiego gadania. Podobnie mój dziadek Kazik, który bez kompleksów chodził na szkolne wywiadówki i zabierał nas na wielkie wycieczki rowerowe. Dla nich zaangażowane ojcostwo nie było modnym hasłem z internetu. Było naturalnym odruchem przyzwoitego człowieka.
Dziś, w XXI wieku, „algorytm ulicy” przeniósł się do cyfrowej matni, a presja społeczna zmieniła narzędzia na nieskończenie bardziej drapieżne. Współczesny mężczyzna rzadko jednak znajduje w sieci przestrzeń na spokojną ewolucję. Zamiast tego wpada w sidła „ekonomii oburzenia”, która próbuje wepchnąć go w skrajności: albo jesteś „zbyt nowoczesny”, albo „zbyt zacofany”. Nie potrafimy pozwolić ludziom żyć po swojemu, a najgłośniej krzyczą ci, którzy na polaryzacji zbijają gigantyczny kapitał.
Doskonałym tego przykładem są internetowe influencerki spod znaku trad wives, które w nienagannych sukienkach retro namawiają kobiety do całkowitej zależności finansowej od mężczyzn. Paradoks polega na tym, że same są prężnymi bizneswoman, żyjącymi z kolosalnych kontraktów reklamowych i monetyzacji zasięgów. Po drugiej stronie barykady stoją tzw. „instruktorzy podrywu” – cyniczni guru, którzy najpierw sztucznie hodują w młodych chłopakach potężne kompleksy i samotność, wmawiając im, że współczesny świat ich nienawidzi, by chwilę później sprzedać im drogie szkolenia z manipulacji. Ci guru jako jedyni dają im to, czego nie daje im współczesna szkoła ani dom – jasną (choć toksyczną) strukturę, reguły gry i fałszywe poczucie wspólnoty. Młody mężczyzna, który czuje się zagubiony w płynnej nowoczesności, woli totalitarną, internetową doktrynę niż pustkę i brak drogowskazów. To czysta fabryka gniewu, w której męskie lęki przerabia się na miliony dolarów. Trzeba też wspomnieć o zjawisku „baniek filtrujących” . Algorytmy nie tylko podsuwają chłopakom toksyczne treści, ale odcinają ich od alternatywnych punktów widzenia. Młody mężczyzna, który raz kliknie w filmik „instruktora podrywu”, wpada w spiralę, z której algorytm nie pozwala mu wyjść, bo z jego samotności czerpie zyski reklamowe.
Najgorsze jest jednak to, że ten algorytmiczny gniew ma o wiele głębsze, systemowe źródła, których mainstreamowa publicystyka, leniwie krzycząca o „mizoginizmie”, zdaje się w ogóle nie zauważać. Algorytmy platform społecznościowych żywią się naszym zaangażowaniem, a nic nie klika się lepiej niż wściekłość. Sieć zarabia miliardy na polaryzacji , podczas gdy młodzi mężczyźni mierzą się dziś z realną epidemią samotności. W Polsce aż 80% samobójstw to mężczyźni - ten przerażający wskaźnik to rzadko agresja to najczęściej niemy krzyk bezsilności i kompletnego wycofanie społecznego. Do tego dochodzi edukacyjny rozjazd, na polskich uczelniach kobiety stanowią już około 60% studiujących. Warto rzucić światło na asymetrię migracyjną i matrymonialną. Młode kobiety masowo wyjeżdżają z miasteczek i wsi do dużych aglomeracji . Młodzi mężczyźni częściej zostają na miejscu (praca fizyczna, rolnictwo, lokalny przemysł). Tworzy to ogromną lukę demograficzną w mniejszych ośrodkach – brakuje tam kobiet, co realnie napędza wspomnianą epidemię samotności i poczucie odrzucenia przez świat oraz poczucie głębokiego niedopasowania. Współczesny mężczyzna, który chce być wrażliwy, partnerski i zaangażowany w dom, jest często atakowany z dwóch stron. Z jednej strony przez tradycjonalistów (że jest „pantoflarzem” lub „mało męski”), a z drugiej strony przez radykalne nurty internetowe, które w każdym mężczyźnie widzą oprawcę. To poczucie, że „z żadnej strony nie ma akceptacji”, pogłębia frustrację. . Co więcej, gdy dochodzi do kryzysu rodziny, bezduszny system sądowniczy wciąż traktuje ojca jak gorszy sort rodzica. Znam historię, gdzie rodzice po rozstaniu dogadali się na opiekę naprzemienną, dzieląc trudy wychowania po połowie. Mimo to, sędzina nakazała ojcu płacić wysokie alimenty, by „wyrównać standard życia matki”, która odeszła do kochanka. Gdy mężczyzna zaprotestował, że musi teraz pracować na dwa etaty i traci czas dla dzieci, usłyszał od sądu bezwzględny szantaż emocjonalny: „To pieniądze dla dzieci, jeśli pan nie chce płacić, jest pan złym ojcem”.
To właśnie w takich momentach – w momentach bezsilności wobec niesprawiedliwości państwa, które sprowadza kochającego ojca do roli bezwolnego bankomatu – rodzi się prawdziwa frustracja. Kiedy system odziera mężczyznę z godności i każe mu milczeć, cyfrowe algorytmy na TikToku czy X tylko czekają, by przechwycić jego gniew i nakarmić go toksyczną ideologią.
A jednak, wbrew tej gigantycznej machinie Big Techu i systemowym barierom, ogromna, cicha większość mężczyzn jak mój mąż radzi sobie we współczesnym świecie nadzwyczaj dobrze. Nie znajdziecie ich w sekcjach komentarzy na nienawistnych forach. Oni – wzorem mojego dziadka i taty – po prostu robią swoje. Realizują pasje, rozwijają się zawodowo, budują partnerskie związki i z dumą tulą do snu swoje dzieci. Współczesna męskość, przepisana na nowo, nie potrzebuje krzykliwych definicji ani internetowych podręczników. Zaczyna się tam, gdzie mężczyzna potrafi wyłączyć ekran, odciąć się od algorytmicznego szumu i po prostu – z miłości i odpowiedzialności – powiesić pieluchy na sznurku, nie oglądając się na to, co powie cała ulica. Cieszy widok ojców masowo bawiących się z dziećmi na placach zabaw, na wizytach u pediatrów. Mężczyźni coraz częściej prowadzą męskie kręgi wsparcia, biegają w maratonach czy po cichu angażują się w lokalny wolontariat. Oni nie krzyczą w sieci, bo nie mają na to czasu – żyją prawdziwym życiem.