Pustynia i bizancjum. Jak polska klasa polityczna zohydziła nam solidarność



Kiedy polski pracownik sektora prywatnego – zmęczony ośmiogodzinnym etacie w magazynie czy na hali produkcyjnej – słyszy w telewizji hasło „związki zawodowe”, przed oczami nie staje mu solidarność, godna płaca czy walka o ludzką godność. Widzi tłustego kota w drogim garniturze, działacza z Jastrzębskiej Spółki Węglowej (JSW) czy innej państwowej mega firmie , który w luksusowych gabinetach negocjuje kolejne bizantyjskie przywileje dla związkowej elity. Widzi obrazek, w którym zakład boryka się z problemami finansowymi, a związkowa oligarchia żyje dostatnio, podczas gdy zwykły robotnik na nich haruje. I w tym momencie w pracowniku pęka resztka wiary w jakikolwiek wspólny front. Wolny rynek dostał właśnie najpiękniejszy prezent: społeczne przyzwolenie na bezbronność.
Lekcja od Margaret Thatcher, czyli jak zabić ideę od środka
Musimy spojrzeć prawdzie w oczy i ocenić naszą klasę polityczną z perspektywy historycznej. Trzeba przyznać, że polskie elity polityczne po 1989 roku wręcz podręcznikowo odrobiły lekcję z Margaret Thatcher, choć zmodyfikowały ją z iście lokalnym, cynicznym sprytem. Żelazna Dama w Wielkiej Brytanii rozjechała ruchy pracownicze walcem – siłowo, za pomocą policji i bezwzględnego prawa. Polscy politycy zrozumieli, że bezpośredni atak stworzy męczenników. Zastosowali więc strategię znacznie bardziej perfidną: postanowili ruch związkowy upolitycznić, skorumpować i w ten sposób doszczętnie go w oczach społeczeństwa zohydzić.
Wciągnięto liderów związkowych na partyjne listy, wpuszczono ich do rad nadzorczych spółek skarbu państwa i pozwolono im obrosnąć w piórka. Zamieniono autentyczny ruch społeczny w karykaturę. Efekt? Dziś statystyki GUS i OECD są nieubłagane – poziom uzwiązkowienia w Polsce szoruje po dnie i wynosi zaledwie około 11-13%. Jesteśmy pod tym względem unijnym skansenem, prawno-związkową pustynią, na której wielki kapitał może robić, co chce. Klasa polityczna ręka w rękę z biznesem zabiła w Polakach samą ideę samoorganizacji.
Tłuste koty i bezbronny plankton: Dwie twarze polskiego rynku pracy
W ten sposób stworzono w Polsce chory, dwugłowy potwór rynkowy. Z jednej strony mamy wspomniane „związkowe Bizancjum” w sektorach państwowych – upolitycznione kliki żerujące na budżecie, które zamiast praw pracowniczych bronią własnych synekur, blokując jakiekolwiek mądre reformy ekonomiczne. Z drugiej strony rozciąga się bezkresny, prywatny kapitalizm bez hamulców – hale produkcyjne, centra logistyczne i agencje pracy tymczasowej. Tam panuje czysty, XIX-wieczny darwinizm społeczny. Pracownik jest tam jedynie numerem w tabeli Excela, pozbawionym jakiejkolwiek realnej ochrony. Państwowa Inspekcja Pracy (PIP) w swoich corocznych raportach bezradnie dokumentuje tysiące naruszeń – od zaniżania stawek i zmuszania do darmowych nadgodzin, po ordynarne łamanie przepisów BHP.
Na tej pustyni agencje pracy mogą bezkarnie masowo ściągać do Polski tanią siłę roboczą z całego świata, często pod przykrywką fikcyjnych wiz studenckich, tworząc warunki neokolonialnego wyzysku. Sprowadzają ludzi całkowicie podporządkowanych, którzy z racji statusu prawnego nie upomną się o żadne prawa.
Straszaki na halach: Jak wielki biznes szczuje biednych na biedniejszych
I to właśnie w tym miejscu – na skrzyżowaniu związkowej patologii i biznesowej bezwzględności – rodzi się ten najbardziej obrzydliwy mechanizm społeczny, o którym pisałam wcześniej. Polski robotnik z małego miasteczka, terroryzowany przez Janusza-biznesmena klasycznym tekstem: „Jak się nie podoba, to na twoje miejsce mam dziesięciu chętnych z zagranicy”, zaczyna odczuwać pierwotny, egzystencjalny strach. Jest śmiertelnie zmęczony, zostawiony sam sobie na prawno-związkowej pustyni, a system od lat uczył go, że żadne związki mu nie pomogą, bo to banda oszustów.
Wtedy wkraczają politycy ze swoimi algorytmami na TikToku i X. Frustracja zmęczonego, przerażonego Polaka nie idzie w górę – w stronę systemu, polityków czy wyzyskującego go szefa. Pod wpływem politycznej propagandy ten gniew zostaje przekierowany w bok. Robotnik zaczyna nienawidzić migranta, który haruje obok niego na tej samej taśmie za jeszcze mniejsze pieniądze. Biznes zaciera ręce i liczy rekordowe marże, bo wie, że skłóceni, zmanipulowani pracownicy, którzy widzą w sobie nawzajem wrogów, nigdy nie podniosą głów, nie zjednoczą się i nie zażądają godnych warunków. To genialna w swoim okrucieństwie strategia: zohydzić solidarność, napuścić biednych na biedniejszych i rządzić bez przeszkód na zgliszczach kapitału społecznego.

Popularne posty z tego bloga