Anatomia Sprawczości
Esej o kryzysie dialogu, sile małych ojczyzn i rewolucji przy rodzinnym stole
Żyjemy w epoce, w której wielka polityka i algorytmy mediów społecznościowych próbują wmówić nam, że jako jednostki nie mamy na nic wpływu. Prawdziwa diagnoza współczesnego kryzysu oraz klucz do jego uzdrowienia nie leżą jednak w gabinetach potęg tego świata, ale znacznie bliżej: w naszej mentalności, w gotowości do pracy u podstaw i wreszcie – przy naszym własnym, rodzinnym stole.
Współczesny świat sprawia wrażenie rozpędzonej machiny, która bezpowrotnie wyrwała się spod kontroli człowieka. Gdy patrzymy na mapę globalnych wydarzeń – od fasadowych, kontrolowanych spektakli wyborczych w autorytarnej Rosji, przez militarne kontruderzenia Ukrainy burzące propagandowy spokój Kremla, aż po korporacyjną cenzurę na wolnym teoretycznie Zachodzie, gdzie kapitał miliarderów bezlitośnie knebluje usta artystom – narasta w nas poczucie głębokiej bezradności. Nic bardziej mylnego.
1. Iluzja kontroli i pułapka stłumionego gniewu
Zarówno systemy autorytarne, jak i zachodnie korporacje stosują dziś mechanizmy, które mają doprowadzić do jednego, najgroźniejszego zjawiska: do autocenzury. Kiedy strach przed łagrem, utratą kontraktu czy po prostu cyfrowym ostracyzmem sprawia, że człowiek sam nakłada sobie kaganiec na usta, system odnosi ostateczne zwycięstwo bez użycia przemocy.
W systemach zamordystycznych, takich jak dzisiejsza Rosja, ta presja rodzi jednak fascynujące, podziemne formy oporu. Gdy władza próbuje zamknąć obywateli w cyfrowym getcie inwigilacji – jak w przypadku narzuconej super-aplikacji Max – młode, technologicznie zwinne pokolenie błyskawicznie przechytrza skostniałą biurokrację. Poprzez używanie ukrytych telefonów-widm czy pisanie własnych skryptów, obywatele systematycznie wyprzedzają aparat państwowy o krok lub dwa. To samo widać w niemych gestach buntu: masowym ignorowaniu urn wyborczych, oddawaniu nieważnych głosów czy niszczeniu kart.
Z perspektywy dynamiki społecznej Kreml zapędził się w kozi róg. Wojna na Ukrainie nie może zostać przez nich zakończona, ponieważ powrót setek tysięcy zdemoralizowanych, straumatyzowanych i uzbrojonych ludzi do rosyjskich miast to dla reżimu egzystencjalny koszmar. Historia Rosji uczy, że stłumione emocje społeczne prędzej czy później wybuchają z niszczycielską, ślepą siłą. Największym niebezpieczeństwem dla świata i regionu jest to, że z tego nieuchronnego chaosu rzadko wyłania się demokracja – znacznie częściej wygrywają bezwzględni populiści, na których rządy Zachód, w imię złudnego spokoju i strachu przed rozproszeniem broni nuklearnej, po raz kolejny przymknie oko.
2. Polski grzech zaniechania i deficyt liderów
W obliczu tak potężnych tektonicznych przesunięć na Wschodzie, Polska powinna prowadzić podmiotową, odważną i długofalową politykę wielowektorową. Tymczasem nasza klasa polityczna pozostaje zakładnikiem bieżących wojenek domowych i plemiennych sporów o słupki poparcia. Brakuje nam liderów z autentyczną wizją przyszłości.
Zamiast budować nieoficjalne kanały dyplomatyczne z Białorusią, by szukać szczelin między Mińskiem a Moskwą, oddaliśmy ten strategiczny obszar walkowerem. Zamiast aktywnie przygotowywać scenariusze gospodarczej i politycznej autonomii dla Obwodu Królewieckiego na wypadek rozpadu rosyjskiej władzy centralnej, traktujemy tę eksklawę jako statyczny i niezmienny fakt geopolityczny. Co najgorsze, w imię wewnętrznych kampanii wyborczych potrafimy instrumentalnie podważać relacje z Ukrainą – naszym kluczowym buforem bezpieczeństwa.
Wszystko to maskowane jest bezkrytyczną i naiwną wiarą w absolutny protektorat USA. Zapominamy, że Ameryka nie kieruje się sentymentami, lecz globalnym interesem. W momencie eskalacji konfliktu z Chinami na Pacyfiku, Waszyngton bez wahania przesunie swoje priorytety, zostawiając Europę Środkową samej sobie.
3. Przewrót kopernikański: Obywatel jako pracodawca
Skoro elity polityczne zawodzą, ciężar odpowiedzialności przenosi się na społeczeństwo. To obywatele muszą dorosnąć i przestać dawać się nabierać na tanie, marketingowe hasła. Musimy dokonać radykalnej zmiany w postrzeganiu piramidy władzy: politycy nie są naszymi panami ani dobrodziejami – są wyłącznie naszymi pracownikami, którym daliśmy czasowy kontrakt na zarządzanie naszym wspólnym majątkiem.
Zrozumienie tej zależności automatycznie uodparnia społeczeństwo na wirusa populizmu. Świadomy gospodarz wie, że nie istnieją „rządowe pieniądze”. Kiedy polityk obiecuje darmowe programy czy dopłaty, dojrzały obywatel natychmiast pyta: „Z której kieszeni mi to zabierzesz i ile potrącisz dla siebie za obsługę?”. Jednocześnie świadomość ta uczy nowoczesnego patriotyzmu: płacenie podatków to nasz głęboki obowiązek i wyraz solidarności społecznej, bez którego nie ma mowy o sprawnych usługach publicznych, szpitalach czy szkołach. Chodzi o to, by zrzucać się do wspólnego koszyka, ale bezwzględnie i twardo rozliczać pracowników państwowych z każdej wydanej złotówki.
W polskiej mentalności wciąż pokutuje jednak destrukcyjna dwoistość, będąca nieprzepracowanym spadkiem po czasach totalitarnych. Jesteśmy narodem wybitnie gospodarnym wewnątrz własnego płotu – nasze domy i ogrody muszą być lśniące i czyste. Jednak gdy przekraczamy ten płot, przestrzeń wspólna (las, rów, park) dla części z nas staje się „państwowa”, czyli niczyja. Stąd bierze się tragiczny paradoks: potrafimy wznieść się na wyżyny sąsiedzkiej pomocy, a jednocześnie ten sam człowiek potrafi wywieźć worek ze śmieciami do pobliskiego lasu. Walka z tym zjawiskiem za pomocą kar jest nieskuteczna, ponieważ nie da się zapewnić ich pełnej nieuchronności. Jedynym lekarstwem jest głęboka edukacja u podstaw.
4. Lekcja empatii i neopozytywizm XXI wieku
Jak powinna wyglądać ta edukacja, by wychować pokolenie gospodarzy? Musi ona odejść od wkuwania definicji i przenieść się w sferę realnego działania. Najlepszą formą budowania odpowiedzialności i profilaktyki społecznej jest praca na rzecz innych.
Gdyby polskie szkoły wprowadziły praktyczne zajęcia z empatii, w ramach których klasy dbałyby o własne szkolne ogródki, regularnie pomagały w schroniskach dla zwierząt oraz odwiedzały samotnych seniorów w domach opieki, struktura społeczna uległaby całkowitej transformacji. Młody człowiek, który własnymi rękami wyhodował roślinę, uczy się szacunku do pracy. Ten, który tulił skrzywdzonego psa w schronisku, nigdy nie podniesie ręki na słabsze stworzenie. Z kolei rozmowa ze starszym członkiem społeczności zdejmuje z seniorów odhumanizowującą etykietę „obcych”, zamieniając ich w żywą skarbnicę mądrości, której należy się głęboki szacunek.
Taka praca u podstaw buduje autentyczny, sieciowy ruch społeczny, wolny od cyfrowej patologii. Współczesne platformy internetowe to fabryki wściekłości i pogardy – ich algorytmy celowo promują polaryzację, bo na tym zarabiają. Prawdziwa zmiana rodzi się w świecie fizycznym. Wspólnie odnowiony przystanek, sprzątnięty park czy wypielony chodnik dają ludziom coś, czego nie da żaden lajk na TikToku: poczucie namacalnej sprawczości. Przy malowaniu płotu nie ma znaczenia, na jaką partię głosujesz. Liczy się wspólny cel. W ten sposób pękają plemienne bańki, a rodzi się wzajemne zaufanie.
5. Rewolucja przy talerzu z rosołem
Każda wielka rzeka ma jednak swoje źródło w małym strumyku. Wszystkie te piękne idee – podmiotowość, odporność na populizm, szacunek do pracy i drugiego człowieka – nie ziszczą się, jeśli nie zaczniemy od najprostszego elementu naszej codzienności: od wspólnego posiłku.
Współczesna rodzina cierpi na chorobę „samotności we dwoje”. Siedzimy obok siebie, ale jesteśmy oddzielnie, zatopieni w niebieskich ekranach smartfonów. Odłożenie telefonu i wyłączenie telewizora na czas jedzenia wspólnego rosołu to najbardziej rewolucyjny akt polityczny, jakiego możemy dziś dokonać. Gdy chowamy ekrany i patrzymy swojemu rozmówcy prosto w oczy, przywracamy mu pełną podmiotowość. Dajemy sygnał: „Jesteś dla mnie ważny, słucham cię”. Zamiast tracić energię na bezproduktywne narzekanie przy stole na wielką politykę, znacznie lepiej porozmawiać o rzeczach najprostszych – choćby o pogodzie, o minionym dniu, o lokalnych sprawach.
To właśnie z tej bliskości, ze wspólnego dzielenia się codziennością, rodzi się człowiek zdolny do empatii i dialogu w skali całego państwa. Rodzinny stół to mikrokosmos. Jeśli przy nim nauczymy się patrzeć sobie w oczy z szacunkiem, słuchać się nawzajem i wspólnie pracować na rzecz najbliższych, wyjdziemy poza próg domu jako dumni gospodarze. I wtedy żaden polityczny demagog nie będzie już w stanie nas oszukać.