Iluzja wolnego rynku i grill na zgliszczach. Jak populizm łupi młodych Polaków z usług publicznych
Współczesna debata publiczna w Polsce została zdominowana przez niezwykle groźny i cyniczny mit: wizję państwa, które rzekomo może funkcjonować bez podatków. To polityczny odpowiednik amerykańskiego snu w wersji disco-polo, skrojony pod algorytmy mediów społecznościowych. Obietnica jest prosta, wręcz prostacka: dom, dwa samochody, grill w ogródku i zero danin na rzecz państwa. Sondaże od lat pokazują porażający paradoks – w tę utopię masowo wierzy młode pokolenie, ze szczególnym uwzględnieniem mężczyzn w wieku 18–29 lat.
Młodzi, zafascynowani kilkusekundowymi filmikami internetowych celebrytów od ekonomii, nie zauważają jednak, że ten kolorowy obrazek rozpada się przy pierwszym zderzeniu z prozą życia. Nie widzą, że kupując opowieści o „taniości” i „zostawianiu wszystkiego w kieszeni”, dają się bezczelnie łupić z fundamentalnego prawa do bezpiecznego i sprawnego państwa.
Architekci chaosu: Kiedy cwaniactwo staje się „optymalizacją”
Twarzą tego zjawiska stali się politycy pokroju Sławomira Mentzena – ludzie, którzy zbudowali swoje kapitały i polityczne kariery nie na tworzeniu stabilnego prawa, ale na żerowaniu na jego skomplikowaniu. To specyficzny rodzaj cynizmu: najpierw zarabia się miliony na doradztwie, jak omijać dziurawe przepisy, a potem wmawia się młodym ludziom, że ten prawny chaos i unikanie odpowiedzialności to „optymalizacja wydatków” i wyraz osobistej wolności.
To gigantyczne kłamstwo. System bez podatków, w którym rzekomo każdy jest kowalem własnego losu, w praktyce oznacza jedno: całkowity paraliż dóbr publicznych. Zwolennicy skrajnego libertarianizmu zapominają, że istnieją obszary, których rynek prywatny nie jest w stanie sensownie i sprawiedliwie dostarczyć.
Gdy wspomniany przedwyborczy grill wymknie się spod kontroli, do młodego wolnorynkowca nie przyjedzie straż pożarna – bo w świecie bez podatków straż musiałaby działać na zasadach komercyjnych. Brak opłaconego abonamentu lub karty kredytowej w kieszeni oznaczałby, że dom spłonie na oczach właściciela. Tymi wymarzonymi dwoma samochodami nigdzie nie wyjedzie, ponieważ drogi – oddane w ręce prywatnych inwestorów – stałyby się logistycznym koszmarem z punktami poboru opłat na każdym skrzyżowaniu. Co więcej, do małych miast i wsi nikt by drogi nie wybudował, bo prywatnemu biznesowi to się po prostu nie opłaca. Wizja „wolności” kończy się tam, gdzie wolny rynek błyskawicznie zamienia się w bezwzględny monopol najsilniejszych korporacji i oligarchów, a przeciętny obywatel staje się nowoczesnym chłopem pańszczyźnianym.
Podatki jako inwestycja: Lekcja, której brakuje
Prawdziwa dojrzałość obywatelska polega na zrozumieniu prostej zasady: za dobrą jakość trzeba zapłacić. Dotyczy to zarówno zakupu szczotki do budów, jak i budowania państwa. Nowoczesne, najbogatsze i najbardziej innowacyjne kraje świata – jak państwa skandynawskie – nie zbudowały swojego dobrobytu na podatkowej pustyni. Zbudowały go na wysokich, sprawiedliwych i progresywnych podatkach, które obywatele płacą z pełną świadomością, ponieważ widzą ich bezpośredni zwrot w postaci doskonałych szkół, bezpiecznych dróg, nowoczesnych szpitali i wsparcia dla innowacji.
Zamiast tego w Polsce czasy głębszego kryzysu czy niepewności geopolitycznej stają się pożywką dla radykałów karmiących się lękiem. Jedyną trwałą szczepionką na te populistyczne manipulacje jest edukacja. Ale nie ta robiona „po taniości”, gdzie nauczyciel zarabia grosze, a szkoła uczy pamięciowego wkuwania formułek.
Potrzebujemy edukacji doskonale opłacanej, w której mądrzy, godnie traktowani nauczyciele uczą młodzież trzech rzeczy:
- Finansów publicznych w praktyce: Twardej wiedzy o tym, że państwo nie ma własnych pieniędzy, a każda obietnica polityka ma swoją cenę.
- Krytycznego myślenia: Umiejętności demaskowania populistycznych hasełek w social mediach i odróżniania internetowego marketingu od twardych faktów gospodarczych.
- Wartości wspólnoty: Zrozumienia, że sprawnie działające usługi publiczne to najlepsza tarcza ochronna dla każdego obywatela.
Nowoczesny patriotyzm nosi garnitur księgowego, nie maskę radykała
Czas wreszcie zrewidować pojęcie patriotyzmu w Polsce, bo zostało ono doszczętnie skażone tanią, jarmarczną symboliką. Przez lata wmawiano nam, że miłość do ojczyzny mierzy się wielkością niesionej flagi, głośnością krzyku na wiecach czy agresywnymi wrzaskami hasła „Polska dla Polaków”.
To potworne spłycenie i maskarada, pod którą bardzo często ukrywa się zwykłe cwaniactwo i drenaż państwa. Prawdziwy, nowoczesny patriotyzm nie ma nic wspólnego z nacjonalistycznym sosem.
Patriotyzm to płacenie podatków. To rzetelne dorzucanie się do wspólnego budżetu, z którego finansowana jest armia, policja, nowoczesne laboratoria naukowe i strażacy ratujący ludzkie życie. Nowoczesny patriota to człowiek, który rozumie, że silne, skuteczne i bezpieczne państwo wymaga stabilnego finansowania. To przedsiębiorca, który zamiast uciekać do rajów podatkowych i chwalić się „optymalizacją”, z dumą płaci podatki w swoim kraju, bo wie, że buduje w ten sposób cywilizacyjną potęgę i przyszłość następnych pokoleń.
Świat przyspiesza w zawrotnym tempie. Jeśli w nadchodzących latach nie porzucimy przedwyborczych bajek o państwie bez podatków i nie zastąpimy głośnych, pustych haseł twardym, księgowym rozliczaniem polityków z ich czynów – na zawsze pozostaniemy w ogonie Europy a kiedyś i świata. Skuteczne państwo to nie tania obietnica z TikToka. To dobrze naoliwiona, sprawiedliwa machina, za którą wszyscy odpowiedzialnie płacimy i od której mamy prawo wymagać najwyższej jakości. Kolejny egzamin już w 2027. Zdamy go czy oblejemy bo kupimy piękne ale puste hasełka?