Jesteś swoim największym cudem, jesteś obfitością, rozkwitaj
To jedno z najbardziej fascynujących, a zarazem bolesnych pytań polskiej historii współczesnej: jak to się stało, że kobiety – które stanowiły około połowy ruchu „Solidarność” i dosłownie uratowały strajk w Sierpniu 1980 roku – po 1989 roku zniknęły z oficjalnych podręczników, pomników i debat? To podręcznikowy przykład strukturalnej amnezji. Większość z nas kojarzy rok 1989 z wielkim, bezkrwawym sukcesem. Dla polskich kobiet był to jednak moment, w którym patriarchat – zarówno ten ukryty pod płaszczykiem PRL, jak i ten nowo narodzony, kościelno-prawicowy – dokonał potężnego, niezwykle skutecznego rebrandingu( kompleksowy proces zmiany wizerunku, strategii lub identyfikacji wizualnej).
Socjologowie i historyczki, badający ten proces, wskazują na kilka kluczowych mechanizmów, które sprawiły, że marginalizacja obywatelek zadziałała tak powszechnie i bezwzględnie. Pierwszym z nich był mit „Matki Polki” i kult cierpienia. Przez lata komuny i stanu wojennego kobiety w Solidarności pełniły rolę niezastąpionego, cichego zaplecza. Gdy po 13 grudnia 1981 roku większość czołowych działaczy trafiła do ośrodków internowania, ruch praktycznie przestałby istnieć, gdyby nie one. To zjawisko badaczki nazwały później „Damskim Przesileniem”. W Warszawie Helena Łuczywo, Joanna Szczęsna i Ewa Kulik przejęły kierownictwo nad najważniejszym pismem podziemia – „Tygodnikiem Mazowsze”. To one decydowały, które strajki wspierać, jak dystrybuować podziemne fundusze z Zachodu i jakie instrukcje przekazywać ukrywającym się liderom. Mężczyźni w ukryciu, jak Zbigniew Bujak, byli twarzami oporu, ale to kobiety pociągały za sznurki i organizowały całą logistykę. Robiły to w sposób ukryty – dla bezpieczeństwa własnych rodzin.
Po 1989 roku, zamiast nagrodzić je miejscami przy Okrągłym Stole (gdzie na kilkadziesiąt osób siedziała tylko jedna kobieta po stronie opozycji – Grażyna Staniszewska), mężczyźni zepchnęli je z powrotem do roli strażniczek domowego ogniska. Zadziałał bezwzględny społeczny mechanizm: „Wojna się skończyła, panowie wracają do rządzenia, a panie mogą wracać do domów”. Wiele kobiet, zmęczonych latami stania w kolejkach i permanentnego strachu o bliskich, poddało się temu bez walki, traktując to jako upragniony powrót do normalności.
Drugim powodem był sojusz tronu z ołtarzem oraz wprowadzenie ustawy antyaborcyjnej. Nowa elita solidarnościowa potrzebowała poparcia Kościoła katolickiego, aby przeprowadzić bolesne reformy gospodarcze Planu Balcerowicza i zakotwiczyć Polskę na Zachodzie. Ceną za to poparcie stały się prawa kobiet. Już na początku lat 90. zaczęto demontować prawa reprodukcyjne, co przypieczętowano tak zwanym kompromisem aborcyjnym z 1993 roku. Aby to przeprowadzić, należało zmienić narrację: kobieta w nowej, wolnej Polsce miała być symbolem moralności i matką rodzącą nowych obywateli, a nie polityczką czy działaczką związkową domagającą się równouprawnienia.
Trzecim ciosem okazał się transformacyjny szok ekonomiczny. Kapitalizm uderzył w kobiety najmocniej. Likwidacja państwowych zakładów pracy – szczególnie przemysłu lekkiego, jak łódzkie fabryki włókiennicze, gdzie pracowały tysiące kobiet – wywołała gigantyczne bezrobocie strukturalne. Masowo zamykano przyzakładowe żłobki i przedszkola. Kobiety zostały postawione w sytuacji bez wyjścia: musiały albo walczyć o biologiczne przetrwanie swoich rodzin, pracując na czarno, albo rezygnować z pracy, by zająć się dziećmi, bo opieka instytucjonalna przestała istnieć. Kiedy walczysz o to, co włożyć do garnka, nie masz czasu ani siły na walkę o miejsce w historii.
Czwartym elementem była czysto męska narracja historyczna. Historię piszą zwycięzcy, a w tym przypadku – zwycięscy mężczyźni z potężnym ego i potrzebą budowania własnego mitu. Wygodniej było pokazać światu Lecha Wałęsę skaczącego przez płot niż tysiące bezimiennych kobiet roznoszących ulotki. Anna Walentynowicz, Henryka Krzywonos czy Alina Pienkowska, Janina Kończak, Lucyna Woźniak zostały zmarginalizowane, bo ich bezkompromisowość nie pasowała do nowych, politycznych układów w Warszawie. W efekcie powstała wolna Polska, w której kobiety stały się „nieobecnymi bohaterkami”.
Ta wielka historia ma jednak swoje bardzo konkretne, ludzkie twarze. Twarze kobiet, które zakładały struktury Solidarności w regionach, ryzykowały życie, a potem – budząc się w nowej rzeczywistości – przeżyły potworne rozczarowanie. Wiele z nich uwierzyło w obietnicę, że po 4 czerwca 1989 roku obudzą się w raju, w tym słynnym „socjalizmie z ludzkom twarzą”, jak mawiał Wałęsa. Tymczasem zderzenie z rzeczywistością było brutalne. Gdy dawne działaczki próbowały protestować przeciwko niesprawiedliwościom nowego systemu, były po prostu zwalniane z pracy.
To jeden z największych i najbardziej skrywanych grzechów polskiej transformacji: paradoks, w którym nowi ministrowie i dyrektorzy, wywodzący się z dawnej opozycji, uznali, że polski robotnik musi być tani, posłuszny i nie może protestować. Ludzie wierni pierwotnemu etosowi pierwszej Solidarności z 1980 roku nagle usłyszeli, że ich walka o prawa pracownicze to „populizm” albo „tęsknota za komuną”. Nowy system potraktował obrońców praw pracowniczych jak zagrożenie dla reform gospodarczych.
Gorycz i żal, które te kobiety noszą w sobie do dziś, są całkowicie zrozumiałe. Często mają pretensje do samych siebie, że dały się nabrać. To jednak głęboko niesprawiedliwy samosąd. Intencje „wielkich liderów” były ukrywane pod pięknymi hasłami o wolności, podczas gdy gra toczyła się o gigantyczne pieniądze i wpływy. Kobiety, które budowały ten związek u podstaw – w mniejszych miastach, w regionach – zostały bezceremonialnie porzucone, gdy tylko przestały być potrzebne do roznoszenia ulotek i robienia tłumu na wiecach. To klasyczny scenariusz rewolucji, która pożarła własne dzieci, a w pierwszej kolejności te najbardziej bezkompromisowe i uczciwe.
Do tego politycznego i ekonomicznego krajobrazu doszło głębokie wycieńczenie psychofizyczne. Kobiety w PRL-u niosły podwójny ciężar życia. Oprócz zaangażowania w podziemną działalność, to na ich głowach stała bezwzględna codzienność: wielogodzinne zdobywanie jedzenia w pustych sklepach, pranie, gotowanie i samotna opieka nad dziećmi. W 1989 roku były po prostu śmiertelnie zmęczone. Gdy mężczyźni z impetem rzucili się do walki o polityczne stołki, wiele z nich odetchnęło z ulgą. Uznały, że ich dziejowa misja dobiegła końca, a wolność jest już bezpieczna. Nie mogły przypuszczać, że nowa władza niemal natychmiast obróci się przeciwko nim.
W tamtym przełomowym momencie zabrakło czegoś kluczowego – szerokiej, masowej solidarności i świadomości feministycznej. Kobiety w latach 80. nie postrzegały siebie jako osobnej grupy interesu politycznego. Walczyły o „wolną Polskę” jako ogół, żywiąc głębokie i czyste przekonanie, że wolność dla narodu automatycznie oznacza wolność dla każdego obywatela, bez względu na płeć. Dopiero w latach 90., gdy z bezwzględną precyzją zaczęto odbierać im prawa reprodukcyjne oraz socjalne, nadeszła bolesna refleksja: w nowo powstałym parlamencie kobiety zostały całkowicie bez reprezentacji.
Przez niemal trzy dekady oficjalna, podręcznikowa narracja o „Solidarności” przypominała uproszczony komiks: Lech Wałęsa skaczący przez płot, brama Stoczni Gdańskiej, kilku panów w swetrach debatujących przy Okrągłym Stole i papież Jan Paweł II w tle. Dopiero niedawno, dzięki tytanicznej pracy niezależnych dokumentalistek, autorek i badaczek – czego symbolem stał się głośny film dokumentalny „Solidarność według kobiet” Marty Dzido i Piotra Śliwowskiego – zaczęto głośno i bezkompromisowo mówić prawdę: bez kobiet ta rewolucja upadłaby już w pierwszym miesiącu stanu wojennego.
Ta prawda niesie za sobą bezcenną lekcję, która ukształtowała kolejne pokolenia Polek. Dziś kobiety nie czekają już na „księcia na białym koniu”, na zbawcę narodu ani na łaskę ze strony politycznych elit. Doskonale wiedzą, że własny los, bezpieczeństwo i wolność buduje się wyłącznie własnymi rękami. Z bolesnego doświadczenia transformacji narodził się unikalny, kobiecy pragmatyzm: „Nikt nam niczego nie da w prezencie, musimy przetrwać same”.
I to właśnie ta determinacja uratowała Polskę przed absolutną katastrofą ekonomiczną lat 90. Podczas gdy wielu mężczyzn po 1989 roku przeżywało potężny, paraliżujący kryzys tożsamości – ponieważ drapieżny kapitalizm z dnia na dzień zamykał ich wielkie fabryki, kopalnie i huty, w których dotąd byli „solą ziemi” – kobiety natychmiast przeszły do działania. To one masowo zakładały w latach 90. małe firmy, punkty usługowe, osiedlowe sklepy czy hurtownie. Wykazały się niesamowitą odpornością psychiczną i brakiem fałszywej dumy. Dla dobra swoich dzieci potrafiły schować ego do kieszeni: jechały „na saksy” sprzątać na Zachodzie, uczyły się zupełnie nowych profesji i bez strachu przekwalifikowywały się w wieku 45 lat. Kobiety intuicyjnie odbudowały to, co idealnie działało w podziemiu – nieformalne, silne sieci pomocy, dzieląc się jedzeniem, ubraniami oraz informacjami o niszach na rynku pracy.
Współczesna walka o podmiotowość kobiet nie toczy się jednak wyłącznie na polu bitwy z tradycyjnymi, męskimi strukturami. Aby w pełni zrozumieć mechanizmy blokujące kobiecy rozkwit, należy odrzucić naiwne uproszczenia psychologiczne na rzecz twardej, bezwzględnej analizy interesów politycznych. Mylą się ci, którzy sądzą, że kobiety głośno uderzające w ruchy kobiece i prawa reprodukcyjne są po prostu ofiarami „błędnego zaprogramowania” przez tradycję czy ofiarami zinternalizowanego patriarchatu. Prawda jest znacznie bardziej cyniczna: one nie są ofiarami tego systemu. One są jego aktywnymi, w pełni świadomymi menedżerkami, które z obrony patriarchatu uczyniły niezwykle dochodowy biznes i trampolinę do osobistej władzy.
Gdy przyjrzymy się scenie politycznej, nazwiska takie jak Ewa Zajączkowska-Hernik, Dominika Chorosińska czy Anna Zalewska stają się podręcznikowymi przykładami strategii politycznego koniunkturalizmu lub „bramkowania” (ang. gatekeeping). Działa to w oparciu o precyzyjną, zimną kalkulację. Te polityczki stają się „tarczą antykrytyczną” – dla konserwatywnego, męskiego elektoratu nie ma bardziej kojącego sumienie widoku niż elokwentna kobieta powtarzająca z mównicy patriarchalne tezy. To także surowa matematyka wyborcza: polowanie na twardy, tradycjonalistyczny elektorat męski, który charakteryzuje się najwyższą dyscypliną wyborczą. To cyniczne poświęcenie solidarności z kobietami na rzecz betonowego poparcia, które gwarantuje mandat. Największy paradoks polega na tym, że te „obrończynie tradycji” same żyją w sposób całkowicie zaprzeczający temu, co głoszą – są dynamicznymi kobietami sukcesu, robiącymi międzynarodowe kariery. To czysta transakcja: „Ja wam dam kobiecą legitymację do waszego patriarchatu, a wy dacie mi władzę i pieniądze”.
W nadchodzącym „nowym rozdaniu” wróg wolności nie zawsze nosi garnitur. Czasem nosi idealnie skrojoną garsonkę. Jednak ta marketingowa strategia ma swoją datę ważności, a nadchodzące lata mogą przynieść prawdziwe polityczne tąpnięcie. Dlaczego system, który znamy, może zadrżeć w posadach?
Po pierwsze, obserwujemy bezprecedensowy rozjazd światopoglądowy pokoleń. Badania socjologiczne jasno pokazują, że społeczeństwo pękło wzdłuż osi płci jak nigdy wcześniej. Młode kobiety masowo idą w stronę liberalną i lewicową, podczas gdy młodzi mężczyźni skręcają ostro na prawo. Ten rosnący zlew ideologiczny sprawia, że dotychczasowe, tradycyjne partie tracą grunt pod nogami. Po drugie, następuje koniec wiary w „mniejsze zło”. Kobiety wielokrotnie pokazywały gigantyczną mobilizację wyborczą, ale ich głosy były traktowane instrumentalnie – jako paliwo do odsunięcia kogoś od władzy, po czym obietnice lądowały w zamrażarce. Ta cierpliwość się wyczerpuje. Świadomość, że nikt nie załatwi ich spraw za nie, pchnie je do budowania własnej, realnej reprezentacji. Po trzecie, nadchodzi czas nowych liderek zamiast „paprotek”. System parytetów i wpychania kobiet na odległe, dekoracyjne miejsca na listach wyborczych powoli umiera. Kobiety odmawiają bycia wyłącznie tłem dla liderów w garniturach.
Jeśli kobiety faktycznie masowo „ruszą się z wersalki” i zamiast głosować na zgniłe kompromisy, zaczną bezczelnie i twardo żądać pełnej władzy i podmiotowości, system czeka potężny wstrząs. Te struktury partyjne, które znamy dzisiaj, są skostniałe, patriarchalne i oparte na układach z lat 90. Nie wytrzymają zderzenia z dobrze zorganizowaną, świadomą siłą. Stary ład ma pełne prawo się bać, bo kobiety mają już nie tylko marzenia, ale też narzędzia i pokoleniowy gniew, by je zrealizować.
Najlepszym manifestem tej nowej ery są słowa przekazywane przez mądre babki, które przeżyły niejedno systemowe oszustwo: „Masz siłę, aby marzyć, to masz siłę, aby to marzenie zrealizować, więc rusz dupę z wersalki, a będziesz o jeden krok bliżej realizacji tego marzenia”.
W świecie, który nieustannie próbuje wmówić kobietom, że są „niewystarczające”, że muszą spełniać czyjeś oczekiwania, dopasowywać się do algorytmów czy politycznych szablonów, ta myśl jest aktem całkowitego wyzwolenia. To ostateczne odrzucenie patriarchalnego kłamstwa, jakoby siła i wartość kobiety miały pochodzić z zewnątrz – od mężczyzny, od systemu czy od partii politycznej.
Gdybyśmy miały zapisać w pamiętniku najważniejszą, krótką radę-drogowskaz, by nie dać się znowu rozegrać cynicznym graczom, brzmiałaby ona tak: Nigdy więcej nie oddawaj swojego głosu „na kredyt” i nie wierz w obietnice składane przez cudze komitety. Buduj własne struktury, żądaj gwarancji przed wrzuceniem karty do urny i pamiętaj, że Twoja podmiotowość nie podlega negocjacjom.
Nie potrzebujesz niczyjego pozwolenia ani pieczęci systemu, by zająć należne Ci miejsce. Jesteś swoim największym cudem, jesteś obfitością – wstań z wersalki i rozkwitaj.