Ocalić szelest słowa. O języku i pamięci analogowej i buncie przy rodzinnym stole
W świecie zdominowanym przez algorytmy, gdzie ludzka uwaga stała się najcenniejszą walutą, a język sprowadzono do roli surowego narzędzia marketingowego, rodzi się pytanie o przetrwanie naszej tożsamości. Kiedy patrzymy na współczesną debatę publiczną – na liderów politycznych posługujących się uproszczonym, infantylnym językiem czwartej klasy szkoły podstawowej, na internetowy slang maskujący intelektualne lenistwo i na wszechobecne wulgaryzmy służące za językowe wypełniacze – łatwo ulec pokusie czarnowidztwa. Czy nasz piękny, szeleszczący język polski skazany jest na powolne wymieranie w imię globalnej unifikacji?
Odpowiedź, choć nieoczywista, kryje się nie w wielkich rządowych programach czy akademickich debatach, ale w mikrokosmosie ludzkich domów. W rewolucji, która dokonuje się codziennie przy zwykłym kuchennym stole.
Paradoks cyfrowej „słomy z butów”
Współczesność postawiła na głowie klasyczną definicję błędu i ogłady. Przez stulecia w polskiej tradycji dbałość o czystość mowy, poprawność ortograficzna i bogactwo słownictwa były jednoznacznym wyznacznikiem statusu, wykształcenia oraz szacunku dla drugiego człowieka. W czasach zaborów i dziejowych pożóg, piękna polszczyzna stanowiła najwyższą formę patriotyzmu – była tarczą chroniącą narodową duszę przed unicestwieniem.
Dziś, w świecie rządzonym przez ekrany smartfonów, nienaganna polszczyzna bywa cynicznie traktowana jako anachronizm. Młode pokolenie, porwane przez nurt internetowych platform, zaczyna traktować poprawnie sformatowany, bogaty tekst jako domenę „botów” czy sztucznej inteligencji. To głęboki paradoks naszych czasów: człowiek piszący bezbłędnie i pięknie bywa oskarżany o brak autentyczności. W tym samym czasie ulice i stadiony zalewa fala powierzchownego, hasłowego patriotyzmu, wykrzykiwanego przez ludzi, którzy potykają się o własną składnię. Krzycząc „Polska dla Polaków”, kaleczą mowę, która tę polskość konstytuuje.
To nic innego jak współczesna wersja „słomy z butów” – syndromu Nikodema Dyzmy, który nowoczesne atrybuty (dziś: najnowszego smartfona, markowe ubrania i globalne, angielskie zapożyczenia typu asap, brief czy target) traktuje jako maskę mającą ukryć wewnętrzne ubóstwo. Kiedy brakuje kapitału słownego, by precyzyjnie opisać zachwyt, złość czy ironię, młody człowiek ucieka w agresywny slang lub wulgaryzmy. Tworzy substytut, pancerz obronny, bo podświadomie wstydzi się faktu, że bez wsparcia autorektora w telefonie nie potrafi nazwać swojego świata.
System, który chce posłusznych
Współczesna szkoła, oparta na przestarzałym, pruskim modelu edukacji z XIX wieku, zbyt często kapituluje przed tym zjawiskiem. Zamiast uczyć krytycznego myślenia – które nierozerwalnie łączy się z bogactwem języka – system woli wychować posłusznego pracownika, który potrafi jedynie podpisać się pod gotową procedurą. Masowy wysyp zaświadczeń o „dysleksjach” czy „dysortografiach” bywa dziś formą medykalizacji zwykłego braku pracy. Rodzice, w imię źle pojętej ochrony dziecka przed stresem, biegną z awanturą do nauczyciela, który śmiał kazać przepisać wyraz z błędem kilkadziesiąt razy.
Odbierając dziecku obowiązek pracy nad własnym językiem, rodzice robią mu potworną krzywdę. Odbierają mu rezyliencję – odporność psychiczną, umiejętność przyjmowania krytyki i korygowania własnych błędów. Bogactwo języka to bogactwo myśli. Człowiek pozbawiony precyzyjnego słownictwa staje się plastyczny, łatwy do manipulowania, podatny na algorytmiczne kłamstwa. Staje się kolejnym trybikiem, idealnym odbiorcą prymitywnej propagandy i teatralnych, kaznodziejskich popisów polityków pracujących głosem jak wikary na kazaniu. Najlepszym przykładem jest tu Grzegorz Braun i jego groźne dla Polski przedstawienia
Oaza przy stole – partyzantka codzienności
Czy jest zatem nadzieja? Aby ją dostrzec, trzeba porzucić globalną perspektywę i spojrzeć na domy, które zdecydowały się na cyfrowy opór. Wizja globalnego blackoutu, przymusowego braku prądu, który zmusiłby ludzi do odkurzenia książek i wieczornych rozmów przy świecach, jest kusząca literacko, ale nierealna. Prawdziwy ratunek tkwi w dobrowolnej, domowej „awarii systemu”.
Uratowanie języka polskiego dokonuje się tam, gdzie posiłki jada się bez technologii. Gdzie telefony lądują w innym pokoju, a stół odzyskuje swoją sakralną funkcję – przestrzeń budowania opowieści, patrzenia sobie w oczy i słuchania do końca. To w takich domach stare, analogowe gry, jak „Państwa-miasta”, „Słowne Domino” czy podarowany na Dzień Dziecka „Rummikub”, stają się rodzinnym skarbem.
Gry te nie są jedynie rozrywką. To regularna, partyzancka terapia językowa. Zmuszają umysł do dynamicznego przeszukiwania pamięci, literowania słów w głowie, analizowania ortograficznych pułapek (chleb, mózg, radość, prośba) i toczenia pięknych, intelektualnych sporów. To tam szachista musi zderzyć swoją matematyczną logikę z losowością kafelków, a dzieci uczą się, że język to żywa, plastyczna materia, która daje ogromną radość.
Osobno, ale zawsze razem
Najwspanialszym owocem tej walki o język i obecność nie są jednak oceny na szkolnych świadectwach. Jest nim relacja, która przetrwała próbę czasu. Kiedy dzieci dorastają, stają się samodzielne, budują swoje osobne światy, a mimo to nadal z własnej, nieprzymuszonej woli wracają do rodzinnego stołu, by pograć w „Chińczyka” czy „Rummikuba” – oznacza to, że analogowa bitwa została wygrana.
„Nie jesteśmy razem ale osobno, tylko zawsze razem” – to zdanie jest manifestem wolności i głębokiej więzi. Pokazuje, że można wychować ludzi niezależnych, którzy nie dali się porwać algorytmicznej papce. Mają swój własny, unikalny, rodzinny kod i potrafią rozmawiać pełnymi zdaniami, bo ktoś kiedyś miał odwagę postawić w domu granicę cyfrowemu światu.
Dopóki istnieją domy, w których przy stole słychać śmiech, stukanie plastikowych kafelków i szelest poprawnie wypowiadanych, bogatych polskich słów – dopóty nasz język jest bezpieczny. Nie potrzebujemy globalnego kataklizmu. Potrzebujemy tylko, i aż, czułości, konsekwencji i odwagi, by każdego dnia, przy własnym stole, ocalać to, co w nas najbardziej ludzkie.