Z naturą nie wygrasz. Dlaczego pora odebrać politykom „władzę” i dać im kalkulatory?
Z czym kojarzy Wam się rześki, wrześniowy poranek? Dla mnie to idealny moment na litrowy kubek czerwonej herbaty Pu-Erh i chwilę zatrzymania. Jednak zamiast uciekać od rzeczywistości, tym razem postanowiłam przyjrzeć się jej z bliska. I doszłam do wniosku, od którego jako społeczeństwo musimy w końcu zacząć: czas na małe, ale fundamentalne sprostowanie językowe. Politycy to nie jest żadna „władza”. To są tylko i wyłącznie nasi zarządcy. Prawdziwą władzą są obywatele.
Kiedy patrzymy na historię ludzkości, łatwo wpaść w pułapkę pychy. Wmawia się nam, że rozwój jest liniowy – od jaskiniowca do smartfona. Zachwycamy się technologią, która dziś pozwala sztucznej inteligencji odczytywać spalone 2000 lat temu zwoje z Herkulanum czy odkrywać laserem LiDAR gigantyczne megamiasta Majów ukryte pod dżunglą. Myślimy, że okiełznaliśmy planetę. Ale to iluzja. Historia pokazuje, że zaawansowane cywilizacje potrafią zniknąć, a Ziemia po mistrzowsku zaciera po nich ślady. Po Rzymianach i ich betonie twardniejącym pod wodą nastały wieki chat z błota. Jeśli dziś odcięto by nam prąd, nasza „nowoczesność” zapisana w cyfrowej chmurze zniknęłaby w ułamku sekundy.
Zostawilibyśmy po sobie tylko toksyczny bałagan: plastik i betonowe ruiny elektrowni, które przyszłe, dzikie pokolenia mogłyby uznać za „miejsca mocy” i świątynie dawnych bogów.
Nasza pycha dotyczy jednak nie tylko przyszłości, ale i zarządzania tym, co mamy tu i teraz. Pamiętacie, jak przy okazji osławionej ustawy „Lex Szyszko” i masowej wycinki drzew cytowano biblijne „czyńcie sobie ziemię poddaną”? To był pokaz czystej premedytacji i obłudy. W oryginalnym, hebrajskim sensie to słowo oznaczało rolę pasterza – dobrego gospodarza, który opiekuje się powierzonym mu stadem. Tymczasem nam strach dać patyk do opieki, bo zaraz podpalimy cały świat. Chcemy rządzić czymś, co nie zna granic.
A jak mawiała moja babcia: „Z naturą nie wygrasz”.
Natura nie czyta ustaw, nie ma legitymacji partyjnej i nie przejmuje się słupkami poparcia. Ona po prostu wyrównuje rachunki. Idealnie pokazał to niedawny reportaż, który czytałam o planach budowy zapory przeciwpowodziowej. Inżynierowie kombinowali latami, wydano miliony, by woda nie poszła w drugą stronę. I wiecie co? Przyszła para bobrów i za darmo zrobiła robotę idealnie. Czy ich doceniono? Skądże. Ludzka pycha woli rozbierać ich tamy, bo przecież „zwierzę psuje plan inżynieryjny”.
Tylko jak z tym walczyć? Na pewno nie tak, jak robi to „Ostatnie Pokolenie”, przyklejając się do asfaltu i zmuszając samochody w korkach do jeszcze większego smrodzenia, albo oblewając zupą dzieła sztuki. To wandalizm, który tylko zniechęca ludzi do ekologii. Walka o naturę to nie są rozróby. To są nasze codzienne wybory oraz mądre, systemowe prawo – na przykład projekty ustaw obywatelskich, których w Sejmie nie da się już legalnie schować do tzw. „zamrażarki”. Musimy zacząć od konkretów: od natychmiastowego zatrzymania wycinki najstarszych lasów o wielkiej bioróżnorodności i od realnego ratunku dla Odry.
I tu dochodzimy do najnowszych „genialnych” pomysłów naszych " elit", takich jak budowa gigantycznej rury odprowadzającej solankę z kopalń wprost do Bałtyku. Eksperci w mediach powtarzają jak mantrę: „Bałtyk jest mało zasolony, więc przyjmie tę wodę”. Jeśli słyszymy taką bzdurę setny raz, zaczynamy się zastanawiać, czy przypadkiem nie mają racji. Otóż nie mają. Bałtyk to płytkie, półzamknięte morze, a śląska solanka to zabójczy koktajl chemiczny z metalami ciężkimi. Wpuszczenie go tam stworzy strefy bez tlenu i doprowadzi do kolejnej katastrofy. To klasyczne zamiatanie problemu pod wodę i prywatyzacja zysków (dla kopalń) przy jednoczesnym uspołecznieniu strat.
Na takie pomysły mam jedną, niezawodną metodę. Zadaję proste pytanie: „Ile mnie to będzie kosztować?”.
I nie mówię o koszcie na teraz, ale o koszcie długofalowym. Wmawia się nam, że duże liczby są dla nas zbyt abstrakcyjne, byśmy je pojęli. Błąd. Człowiek – zwłaszcza w swojej głowie – wyda każdą kwotę. Przełóżmy więc te miliardy na rurociąg na język codzienności. Zamiast topić pieniądze w rurze zatruwającej Bałtyk, za te same środki moglibyśmy wybudować kilkanaście nowoczesnych szpitali powiatowych albo sfinansować darmowe obiady dla dzieci w szkołach przez kilkanaście lat. Zatrucie morza to zniszczona turystyka, droższe ryby i potężny rachunek za leczenie nowotworów czy alergii – rachunek, który zapłacimy my, w wyższych składkach zdrowotnych i podatkach.
Liczenie to nasza najlepsza ochrona przed manipulacją. Hasła w stylu „obrońmy planetę” niewiele dają, bo ludzie żyją tu i teraz. Ale pokazanie ich własnych kieszeni działa doskonale.
Czas obudzić się z tego snu o potędze. Przestańmy patrzeć na polityków jak na „władzę”, przed którą trzeba chylić czoła. Obywatele składają się na wspólny budżet po to, by wybrani zarządcy pomnażali nasze bezpieczeństwo i dobrobyt, a nie wydawali pieniądze bez głowy, niszcząc nasz jedyny dom. Zanim następnym razem uwierzycie telewizyjnemu ekspertowi, weźcie do ręki kalkulator, przypomnijcie sobie mądrość o bobrach i spytajcie głośno: kto za ten bałagan ostatecznie zapłaci?