Chochołowy taniec dziejów. Dlaczego polski patriotyzm karmi się porażką?
W moim poprzednim wpisie dotknęłam bolesnej prawdy o tym, jak na własne życzenie niszczymy nasz współczesny potencjał – jak lekką ręką oddajemy zachodnim potęgom nasze naukowe odkrycia, genialne wynalazki i firmy, które mogłyby rzucić wyzwanie globalnym liderom. Gdy jednak przyglądam się naszej historii, dociera do mnie, że ten paraliż i autodestrukcja to nie są zjawiska nowe. To stały, zakorzeniony w naszej mentalności schemat. Błędne koło, z którego jako naród od stuleci nie potrafimy, a może podświadomie nie chcemy się wyrwać.
Nasza historia to nieustanna powtórka tych samych błędów, a nasz patriotyzm zbyt często przypomina chochołowy taniec z Wesela Wyspiańskiego. Jesteśmy uwięzieni w kleszczach przeszłości, przekonani, że miłość do ojczyzny mierzy się wyłącznie cierpieniem.
Przekleństwo narodowej amnezji i powtarzalnych błędów
Dlaczego wciąż kręcimy się w kółko? Ponieważ jako społeczeństwo chorujemy na specyficzną odmianę amnezji: doskonale pamiętamy daty klęsk, ale nie wyciągamy z nich żadnych wniosków. Nasza historia polityczna to kronika zmarnowanych szans, wewnętrznych kłótni w obliczu zewnętrznego zagrożenia i prywaty stawianej nad dobrem wspólnym.
Przykłady krzyczą do nas z podręczników, ale my pozostajemy na nie ślepi. W XVII wieku, w obliczu Potopu szwedzkiego, magnateria w Kiejdanach i Ujściu wolała magnackie układy i dbanie o własne majątki niż obronę korony. Sto lat później, magnaci zrzeszeni w konfederacji targowickiej, ślepo zapatrzeni w Rosję, zniszczyli reformy Sejmu Wielkiego w imię obrony swoich archaicznych przywilejów.
Czy dzisiaj jest inaczej? Te same mechanizmy – przedkładanie partyjnych interesów nad rację stanu, niszczenie autorytetów i ślepa, plemienna polaryzacja – niszczą nas współcześnie. Podobnie jak w XVIII wieku, tak i dziś polskie elity potrafią szukać poparcia na zewnętrznych salonach, byle tylko dokuczyć wewnętrznemu wrogowi. Budujemy naszą tożsamość na micie „przedmurza chrześcijaństwa”, wierząc w naszą moralną wyższość, podczas gdy pragmatyczny świat gra według brutalnych reguł geopolityki.
Współczesne igrzyska: wojenki pałacowe i rozdawanie orderów
Zamiast wyciągnąć wnioski z Targowicy czy Kiejdan, współczesna klasa polityczna urządza żenujący spektakl, który idealnie wpisuje się w ten odwieczny, destrukcyjny schemat. Najlepszym tego dowodem jest nasza obecna polityka wschodnia oraz trwająca w najlepsze „wojenka pałaców”. Podczas gdy ważą się losy regionu, polscy liderzy wolą licytować się na ordery, personalne animozje i medialne połajanki z Ukrainą.
Fatalnym symbolem tej bezradności stała się postawa prezydenta Karola Nawrockiego. Gdy na arenie międzynarodowej ważyły się twarde interesy, głowa państwa po prostu „nie wytrzymała ciśnienia”. Wchodząc w emocjonalny, niekontrolowany spór, Nawrocki dał się ograć: zamiast twardej, zakulisowej dyplomacji, nakarmił jedynie radykalnych ukraińskich nacjonalistów paliwem do atakowania Polski.
Co najgorsze, ta emocjonalna brawura polskiej prawicy mimowolnie wpisała się w scenariusz pisany w Berlinie i Paryżu. Europa Zachodnia od dawna szuka pretekstu, by do Unii Europejskiej przyjąć co najwyżej geopolityczny „kikut” Ukrainy, pozbawiony realnego wpływu i zniszczony wojną. Dzięki temu, że politycy tacy jak Przemysław Czarnek, Sławomir Mentzen, Krzysztof Bosak czy Grzegorz Braun budują swoją popularność na podsycaniu prymitywnych resentymentów i awanturach, Zachód zyskuje idealne alibi. Gdy plan integracji Ukrainy upadnie, wina przed światem – przez krótkowzroczność naszych własnych jastrzębi – z łatwością zostanie zrzucona na „roszczeniowych i kłótliwych Polaków”. To podręcznikowy przykład działania wbrew elementarnym interesom własnego kraju, maskowanego patriotycznymi hasłami.
Patriotyzm grobów kontra patriotyzm jutra
Ten polityczny teatr wyrasta bezpośrednio z faktu, że w polskim wydaniu patriotyzm został niemal całkowicie zawłaszczony przez martyrologię. Nauczono nas czcić patriotyzm krwi, zrywów i pięknych, choć beznadziejnych katastrof. Im większa klęska, tym huczniejsze obchody. Potrafimy genialnie umierać za ojczyznę, ale kompletnie nie umiemy dla niej żyć i pracować w warunkach pokoju.
Najbardziej jaskrawym i bolesnym tego przykładem jest Powstanie Warszawskie. Do dziś czcimy heroiczną śmierć blisko 200 tysięcy ludzi i obrócenie stolicy w gruz jako triumf ducha. Ale mało kto pyta o pragmatyczny sens decyzji dowódców, którzy wysłali kwiat polskiej młodzieży, przyszłą elitę intelektualną i naukową kraju, z butelkami z benzyną na czołgi. Przegraliśmy militarnie i politycznie, ale zrobiliśmy z tego narodowe sanktuarium.
To prosta linia łącząca to historyczne szaleństwo z niszczeniem polskiej nauki, o którym pisałam ostatnio. Skoro patriotyzm kojarzy nam się wyłącznie z walką i cierpieniem, to w czasach pokoju stajemy się bezbronni. Nie rozumiemy, że współczesna suwerenność nie waży się na polach bitew, ale w laboratoriach i urzędach patentowych.
Przypomnijmy sobie historię niebieskiego lasera stworzonego przez instytut Unipress – technologii, która mogła dać nam globalny monopol na rynku nośników danych (Blu-ray). Przez brak państwowego wsparcia, biurokrację i brak wizji projekt umarł, a miliony zarobiły japońskie korporacje. To samo stało się z grafenem, z którym mieliśmy podbić świat elektroniki, a skończyło się likwidacją spółki i wyprzedażą sprzętu laboratoryjnego. Zamiast chronić i rozwijać to, co polskie i nowoczesne, elity wolą mentalnie siedzieć w okopach, kłócić się o historię i płakać nad grobami.
Przerwać zaklęty krąg
Aby wyjść z tego dziejowego kołowrotka, musimy dokonać głębokiej rewizji naszych narodowych wartości. Czas najwyższy zamienić „patriotyzm romantyczny” na „patriotyzm pozytywistyczny” i organiczny.
- Prawdziwym bohaterstwem nie jest dziś giniecie na barykadzie ani wywoływanie dyplomatycznych skandali na pokaz, ale stworzenie systemu, który pozwoli polskiemu naukowcowi skomercjalizować swój wynalazek w kraju, a nie w Niemczech czy USA.
- Prawdziwym patriotyzmem jest budowanie silnych struktur, twardej i pragmatycznej dyplomacji, kapitału społecznego i wzajemnego zaufania – czyli tego, czego Polakom historycznie (od czasów liberum veto aż po dzisiejsze kłótnie w Sejmie i na Twitterze) zawsze brakowało najbardziej.
- Dopóki nie zrozumiemy, że miarą sukcesu narodu jest jego codzienna mądrość, gospodarcza niezależność, zimna kalkulacja i umiejętność gry zespołowej, będziemy skazani na powtarzanie tej samej tragicznej lekcji. Przeszłości już nie zmienimy, ale najwyższy czas przestać być jej niewolnikami i przestać pozwalać cynicznym politykom na marnowanie naszej przyszłości w imię ich własnych, chwilowych słupków poparcia. Czas zacząć pisać historię, w której polska mądrość wreszcie wygrywa z polską brawurą