Beton, „paprotki” i nieuchronność. Dlaczego Wojsko Polskie wciąż zawodzi kobiety?



Ostatnie doniesienia medialne dotyczące mobbingu i molestowania seksualnego w 34. Brygadzie Kawalerii Pancernej w Żaganiu wywołały w przestrzeni publicznej kolejną falę oburzenia. Scenariusz, który poznaliśmy dzięki odważnym reportażom śledczym, jest do bólu powtarzalny: dramatyczne zgłoszenia poszkodowanej kobiety, wstrząsające słowa dowódcy („niech pani nie przesadza, nikt pani tu nie zgwałcił”), wewnętrzna komisja, która nie dopatruje się uchybień, i finał, w którym ofiara zostaje zwolniona ze służby, a sprawcy mogą spać spokojnie.
W tym samym czasie politycy na czele z szefem MON gnają na kolejne konferencje prasowe, obiecując wielkie reformy, podczas gdy w koszarach mechanizm „zamiatania spraw pod dywan” działa w najlepsze. Strach otworzyć lodówkę, żeby nie wyskoczył z niej kolejny polityczny frazes bez pokrycia.
Gdzie leży prawdziwe źródło tego problemu? Wbrew pozorom nie chodzi tylko o samą wojskową strukturę hierarchiczną. Problem tkwi znacznie głębiej – w zakorzenionej mentalności i systemowej bezkarności.
Wojna mentalności i wymazywanie historii
Badania nad preferencjami wyborczymi żołnierzy od lat wskazują na silny skręt formacji w stronę konserwatywną i prawicową. W świecie zdominowanym przez tradycjonalistyczne podejście, wojsko wciąż bywa postrzegane jako „męski świat”. Kobieta w mundurze bywa tam traktowana nie jak pełnoprawny profesjonalista, ale jako „problem logistyczny” lub intruz zakłócający dyscyplinę. Prawicowa narracja polityczna o „mężczyznach na trudne czasy” idealnie rezonuje z tym, co część kadry myśli w koszarach, legitymizując marginalizowanie kobiet i zbywanie ich skarg jako „kobiecej nadwrażliwości”.
To uderzający paradoks i historyczna ślepota. Przecież to właśnie Polki zawsze dźwigały ten naród na swoich barkach w najtrudniejszych momentach dziejowych. Walczyły z bronią w ręku w Ochotniczej Legii Kobiet podczas wojny polsko-bolszewickiej, były filarami wywiadu Armii Krajowej, masowo ginęły w Powstaniu Warszawskim i zarządzały katastrofalną codziennością w czasach zsyłek i więzienia mężczyzn. Polki mają w swoim DNA unikalne „coś” – potężny kapitał odporności, zdolności adaptacji i przetrwania, co doskonale udowodniły również podczas brutalnej transformacji ustrojowej lat 90. Kiedy upadały gałęzie przemysłu, to kobiety przekwalifikowywały się w locie, zakładały biznesy i ciągnęły domy do przodu.
Opór przed ich pełnoprawną i bezpieczną obecnością w strukturach obronnych nie wynika z braku predyspozycji. Wynika z lęku konserwatywnego establishmentu przed tym, że kobiety obnażyłyby słabość systemu tworzonego przez mężczyzn.
Iluzja wysokich kar i pułapka „paprotek”
W debacie o uzdrowieniu wojska często słyszy się postulaty zaostrzenia kar. To ślepy zaułek. Nowoczesna kryminologia od stuleci wie, że surowość kary nie jest straszakiem. Najpotężniejszym straszakiem jest jej nieuchronność. Co z tego, że zapiszemy w kodeksach surowe wyroki, skoro potencjalny sprawca wie, że dzięki układom, znajomościom i lojalności „kolegów z bazy” nic mu się nie stanie? Gdyby wiedział, że kara spotka go natychmiast i bezwzględnie, zastanowiłby się dwa razy.
Aby tę nieuchronność zbudować, system musi przestać być sędzią we własnej sprawie. Sprawy o mobbing i molestowanie muszą zostać całkowicie wyprowadzone poza wojsko do cywilnych prokuratur i sądów powszechnych. Konieczny jest też całkowicie niezależny, zewnętrzny organ ochrony, bo obecne struktury pomocowe wewnątrz armii to często wizerunkowa fikcja.
Sprawa z Żagania obnażyła przerażające zjawisko tzw. tokenizmu. Funkcja pełnomocniczki ds. kobiet, którą pełniła tam kpt. Katarzyna S., okazała się klasyczną, systemową „paprotką”. Takie fasadowe stanowiska, obsadzane dla oka, mają stwarzać pozory nowoczesności. W rzeczywistości te kobiety, tkwiąc w hierarchii i będąc zależnymi od decyzji dowódców, stają się tarczą wizerunkową systemu. Czasem, by przypodobać się szefom, potrafią wręcz niszczyć inne kobiety. Dla ofiary zdrada ze strony kogoś, kto miał ją chronić, jest ciosem bardziej dewastującym niż zachowanie samego prześladowcy.
„Po jedenaste: nie bądź obojętny”
W tym ponurym krajobrazie tli się jednak ogromna siła. To odważne kobiety, które decydują się iść do mediów. Ryzykują karierę, banicję i zdrowie psychiczne, ale to one wykazują się prawdziwym etosem żołnierza – odwagą i obroną słabszych. Jeśli pozwolimy na patologię w jednym punkcie, zgodnie z teorią wybitych szyb, rozleje się ona na cały system. Prawa raz zabrane ciężko odzyskać; wymaga to znacznie większej siły niż ich utrzymanie.
W świecie, w którym informacja żyje chwilę i zaraz umiera przykryta kolejnym newsem, nie ma czasu na tworzenie fundacji czy pisanie długich pism. Nacisk na polityków, MON i instytucje takie jak Rzecznik Praw Obywatelskich musi być natychmiastowy i agresywny. Kluczową rolę odgrywają tu niezależne media, które jako jedyne mają siłę zadać ministrowi niewygodne pytanie na żywo i nie pozwolić na śmierć tematu.
W tym wszystkim razi jeszcze jedno: milczenie. Milczenie mężczyzn służących w tych samych jednostkach. W świetle słów Mariana Turskiego, milczenie to przyzwolenie i współudział w złu. Prawdziwe braterstwo broni nie polega na kryciu tyłka koledze-prześladowcy, ale na odwadze cywilnej, by wewnątrz własnych szeregów powiedzieć głośne „stop”.
Czy jest nadzieja na zmianę? Ogromna, i tkwi ona w młodym pokoleniu żołnierzy. Młodzi są zróżnicowani, ale dorastali w świecie innej wrażliwości społecznej, gdzie szacunek i granice osobiste są normą. Przyzwoitych ludzi jest po prostu więcej. I to na tę przyzwoitą większość musimy stawiać, mając nadzieję, że to właśnie oni będą mieli ostateczny głos i wyczyszczą polską armię z betonu. Kropla drąży skałę – a Polki udowodniły już nie raz, że potrafią rozbić nawet najtwardszy mur.

Popularne posty z tego bloga