O Polskim kołowrotku: Dlaczego współczesny pozytywizm przegrywa z upiorami romantyzmu




 Anatomia narodowego zmęczenia
Jedno z najbardziej wyczerpujących doświadczeń, jakich może dziś doznać człowiek myślący w Polsce, nie wiąże się wcale z analizą alarmujących nagłówków o globalnych kryzysach. Najgłębsze zmęczenie przynosi próba podjęcia racjonalnego, strukturalnego dialogu na poziomie mikro – w gronie sąsiadów, znajomych czy przypadkowych rozmówców. Kiedy w obliczu realnych zagrożeń geopolitycznych, takich jak pełzająca cyberwojna wymierzona w nasz system bankowy i energetyczny, proponuje się rozwiązania oparte na logice, decentralizacji i organicznej współpracy, natrafia się na mur. Diagnoza tej społecznej ściany odsłona bolesną prawdę o polskiej zbiorowości: jesteśmy więźniami kulturowego i systemowego kołowrotka, w którym unika się dorosłości, a twarde myślenie strategiczne systematycznie przegrywa z potępieńczym tańcem narodowych mitów.
Przeświadczenie, że współczesna Polska stoi u progu strukturalnej bezbronności, nie wynika z braku nowoczesnych czołgów czy niedostatku funduszy na zbrojenia. Wynika z faktu, że jako społeczeństwo zatraciliśmy fundamentalną umiejętność, w której rodzą się wielkie idee i realne rozwiązania problemów: umiejętność rzetelnej, zadaniowej rozmowy. Zamiast tego daliśmy się zamknąć w plemiennych klatkach, zarządzanych przez „wybrańców narodu” – a raczej przez politycznych pracowników najemnych, których jedynym celem stało się pomnażanie słupków poparcia za pomocą hasełek i wymachiwania flagą. W tym krajobrazie propozycja powrotu do korzeni pracy organicznej brzmi jak rewolucja, która u uwikłanych w romantyczne paradygmaty współobywateli wywołuje lęk, a u samych projektodawców – poczucie głębokiego osamotnienia.

I. Cyberwojna pod progiem i iluzja amerykańskiego parasola
Tradycyjna optyka militarna, karmiąca nas obrazami dywizji pancernych przekraczających granice, odwraca uwagę od rzeczywistego frontu, na którym wojna trwa już w najlepsze. Zmasowane ataki na infrastrukturę krytyczną, paraliżowanie systemów energetycznych czy regularne testowanie odporności systemów bankowych to rzeczywistość XXI wieku. W tym samym czasie uwaga opinii publicznej i decydentów wciąż dryfuje ku XIX-wiecznym pojęciom o honorze i sojuszach opartych na wierze, a nie na bezwzględnej kalkulacji interesów.
Ślepa wiara w trwałość i bezwarunkowość amerykańskiego zaangażowania w Europie Środkowej to jeden z najbardziej jaskrawych przejawów tego strategicznego analfabetyzmu. Współczesny teatr globalny wyraźnie pokazuje limity imperialnej machiny Waszyngtonu. Amerykanie, uwikłani w wyczerpujący konflikt na Bliskim Wschodzie z Iranem, drenujący ich zapasy pocisków precyzyjne i zaawansowanej amunicji, operują w warunkach drastycznie ograniczonej wydolności logistycznej. Fakt, że administracja Donalda Trumpa potrafiła w imię doraźnych interesów naftowych i politycznych przymknąć oko na handel rosyjską surową ropą, byle tylko ratować wewnętrzne rynki paliw, stanowi najlepszy dowód na transakcyjny charakter współczesnej geopolityki.
Zapowiedzi zwiększenia produkcji zbrojeniowej w amerykańskich koncernach to w dużej mierze papierowe obietnice, które zderzają się z brutalną rzeczywistością zerwanych łańcuchów dostaw i braku wykwalifikowanych kadr. Fabryk i amunicji nie tworzy się w jeden dzień. Sprzęt zamówiony „na wczoraj” pojawi się za dwa, trzy lub pięć lat – o ile w ogóle powstanie. W tym kontekście kupowanie „z półki”, bez zaplecza logistycznego, bez wozów zabezpieczenia technicznego i przede wszystkim bez własnych, suwerennych mocy produkcyjnych, jest działaniem fasadowym. Co więcej, domaganie się stałych baz USA na terytorium Polski, traktowane przez klasę polityczną jako ostateczne panaceum, w rzeczywistości obniża nasze bezpieczeństwo co pokazała wojna z Iranem. Taka baza w warunkach konfliktu staje się natychmiastowym celem pierwszego uderzenia rakietowego wroga, a psychologicznie usypia czujność elit, zdejmując z nich odpowiedzialność za budowę własnej armii i sprawnego systemu obrony cywilnej.

II. Nowoczesna doktryna odporności totalnej: Sieć zamiast wodza
Wobec kaprysów wielkich mocarstw i niewydolności centralnych struktur, jedyną racjonalną alternatywą pozostaje budowa totalnej odporności państwa od dołu do góry. Taka strategia musi opierać się na uniwersalnych i skoordynowanych działaniach na wielu frontach jednocześnie. Odpowiedzialni politycy powinni zarządzać krajem jak zsynchronizowanym mechanizmem, w którym dyplomacja, edukacja, przemysł i obronność tworzą spójną całość.
Na poziomie społecznym fundamentem tej doktryny musi być powszechne szkolenie wojskowe i kryzysowe wszystkich obywateli, bez względu na płeć, oparte na sprawdzonych wzorcach skandynawskich. Nie chodzi tu o naukę bezrefleksyjnego maszerowania, lecz o budowanie odporności psychologicznej, powszechną znajomość procedur ratowniczych, pierwszej pomocy, cyberbezpieczeństwa oraz logistyki lokalnej. Społeczeństwo przeszkolone to społeczeństwo odporne na panikę – czyli na najgroźniejszą broń w arsenale wojny hybrydowej.
Na poziomie makrogeopolitycznym strategia ta wymaga porzucenia bierności na rzecz ofensywnej dyplomacji regionalnej. Budowa głębokiego, zintegrowanego sojuszu od Skandynawii, przez państwa bałtyckie, Ukrainę, aż po Rumunię, tworzy blok o masie krytycznej zdolnej do samodzielnego odstraszenia agresora. Taki system musi jednak aktywnie likwidować punkty zapalne pod własnymi drzwiami: poprzez konsekwentne, długofalowe wyrywanie Białorusi z uścisku Moskwy oraz dążenie do gospodarczej i militarnej autonomii Królewca, który dziś stanowi wycelowany w serce Polski pistolet. W tej konfiguracji Europa Zachodnia i Południowa powinny stanowić nasze technologiczne i finansowe zaplecze – magazyn i fabrykę, z którymi łączą nas partnerskie, twarde relacje biznesowe.
Najważniejszym elementem tej struktury jest jednak jej architektura wewnętrzna, oparta na koncepcji współpracujących ze sobą „małych ojczyzn”. W dobie zagrożeń asymetrycznych systemy hierarchiczne, scentralizowane i zależne od jednego wodza są skrajnie podatne na zniszczenie. Wystarczy sparaliżować, przekupić lub zastraszyć lidera, by cała struktura uległa rozpadowi. Odpowiedzią na to ryzyko jest model sieciowy – mniejsze grupy, doskonale zarządzane zadaniowo, pozbawione jednego, podatnego na korupcję centrum. Kiedy lokalne społeczności jednoczą się wokół konkretnego zadania, na przykład efektywnego wykorzystania budżetu obywatelskiego na cel związany z bezpieczeństwem czy infrastrukturą, partyjne podziały przestają mieć znaczenie. Liczy się cel, transparentność i efekt.

III. Kulturowy gen autodestrukcji: Klątwa Wokulskiego
Dlaczego tak logiczny, nowoczesny i bezpieczny projekt decentralizacji i pracy zadaniowej wywołuje w polskim społeczeństwie agresję lub lęk? Dlaczego propozycja wzmocnienia struktur lokalnych natychmiast spotyka się z absurdalnym zarzutem o chęć wywołania „rozbicia dzielnicowego” i oddania kraju we władanie zagranicznym korporacjom? Odpowiedź tkwi w głębokim skażeniu naszej zbiorowej mentalności paradygmatem romantycznym.
Jesteśmy narodem, który wyżej ceni piękne umieranie za miliony niż nudne, codzienne życie i pracę dla tych milionów. Nasza kultura programowo cierpi na wstręt do pozytywizmu. Najlepiej obrazuje to recepcja Lalki Bolesława Prusa – dzieła, które w zamyśle autora miało być manifestem realizmu, pochwałą przedsiębiorczości, inżynierii społecznej i twardego budowania polskiego kapitału. Wokulski Prusa tworzył miejsca pracy, budował spółki handlowe, planował osuszenie Powiśla i wyciągał ludzi z nędzy poprzez dawanie im szansy na uczciwy zarobek. Co jednak z tego genialnego traktatu o pracy organicznej zrobiła polska szkoła i popkultura? Sprowadziła Lalkę do melodramatycznej opowieści o nieszczęśliwej miłości neurotyka do chłodnej, salonowej lalki. Polacy wolą wzdychać nad miłosnym dramatem bohatera, niż analizować jego bilanse handlowe i strategiczne decyzje biznesowe. Praca u podstaw przegrała z romantycznym afektem, a Wokulski w masowej wyobraźni nie jest symbolem sprawnego menedżera, lecz kolejnym powstańcem, który na koniec wysadza się w powietrze w ruinach zamku.
Ta sama matryca kulturowa paraliżuje nas dzisiaj. Wylew solidarności i zrywy humanitarne w momentach katastrof czy wojen – to nasze narodowe „pospolite ruszenie” – są w gruncie rzeczy formą zbiorowego rozgrzeszenia z codziennego braku organizacji. Jesteśmy genialni w sytuacjach awaryjnych, ponieważ działanie pod wpływem czystej emocji nie wymaga od nas budowania trwałych instytucji ani długofalowego planowania. Kiedy jednak trzeba przenieść tę solidarność na poziom codziennej, systematycznej pracy, procedur i wzajemnego zaufania, system się zawiesza. Wolimy spektakl polityczny, hasełka i flagi, bo one dają natychmiastową, choć iluzoryczną satysfakcję emocjonalną. Twarda debata o schronach, zapasach amunicji czy reformie edukacji jest nudna, nie daje punktów w sondażach i nie pasuje do plakatów wyborczych.

IV. Słabość instytucji i perły w oceanie bylejakości
Do tej kulturowej niemocy dochodzi krytyczna słabość współczesnego społeczeństwa obywatelskiego i niezależnych mediów – dwóch ostatnich bezpieczników, które powinny chronić państwo przed staczaniem się w populizm. Współczesne media głównego nurtu w Polsce w ogromnej większości przestały pełnić funkcję „psa stróżującego” demokracji. Stały się elementem machiny polaryzacyjnej i biznesowej, gdzie pogoń za klikalnością i plemienna lojalność polityczna całkowicie wyparły rzetelną analizę faktów. Z kolei tkanka społeczna pozostaje dramatycznie atomizowana; Polacy wykazują jeden z najniższych wskaźników zaufania społecznego w Europie, co sprawia, że każda próba budowania trwałych instytucji oddolnych traktowana jest z góry z podejrzliwością.
W tym ponurym krajobrazie medialnego uwiądu tli się jednak iskra nadziei, której nie sposób zignorować. Są nią nieliczni, ale niezwykle zdeterminowani dziennikarze śledczy oraz redakcje, które wbrew rynkowej logice „klikbaitu” wciąż decydują się na finansowanie ich wielomiesięcznych, żmudnych śledztw. Te dziennikarskie „perły” stanowią dziś przykład pozytywizmu w czystej postaci. Odrzucając romantyczne uniesienia i partyjne hasełka, potrafią z twardą, wręcz rzemieślniczą precyzją prześwietlać niejasne kontrakty zbrojeniowe, tropić powiązania korupcyjne na szczytach władzy czy obnażać strukturalne dziury w systemie cyberbezpieczeństwa państwa.
Ich praca nie polega na głośnym manifestowaniu emocji, ale na żmudnym, codziennym budowaniu suwerenności informacyjnej obywateli. Fakt, że polski czytelnik wciąż może liczyć na ich rzetelne reportaże, udowadnia, iż etos zawodowy i misja patrzenia władzy na ręce nie zostały całkowicie zadeptane. Te samotne wyspy profesjonalizmu są żywym dowodem na to, że rynek dla prawdy wciąż istnieje, a każda ujawniona przez nich afera to małe zwycięstwo rozumu nad populizmem.

V. Kołowrotek negatywnej selekcji
Ten stan rzeczy utrzymuje w ruchu wspomniany systemowy kołowrotek. Bez rzetelnej, nowoczesnej edukacji, która uczy krytycznego myślenia, zarządzania projektami i kooperacji zamiast wkuwania na pamięć dat kolejnych przegranych powstań, nie zbudujemy silnego i odpornego społeczeństwa obywatelskiego. Z kolei bez takiego społeczeństwa nie ma szans na wyłonienie elit zdolnych do przeprowadzenia reformy edukacji czy uzdrowienia rynku medialnego.
W rezultacie ludzie, których zatrudniamy do pomnażania naszego dobrobytu i bezpieczeństwa – współczesna klasa polityczna – są niczym innym jak produktem odpadowym tego mechanizmu. To system, który promuje miernoty partyjne, sprawnie poruszające się w realiach „demokracji sondażowej”. Ich horyzont myślowy wyznaczają najbliższe wybory, a nie perspektywa dwóch dekad potrzebna na przebudowę struktury państwa. Aby przetrwać, muszą oni stale podsycać plemienną wojnę i dbać o to, by obywatele nie zorganizowali się sami. Samodzielne, zadaniowe, odporne na korupcję „małe ojczyzny” byłyby bowiem wyrokiem śmierci dla centralnej, partyjnej biurokracji.
 Pozytywizm jako akt odwagi
Patrząc na ten zardzewiały, pędzący mechanizm, niezwykle łatwo popaść w nihilizm i uznać, że nasza ojczyzna jest skazana na cykliczne powtórki z historii – gdzie brak przygotowania, pycha elit i brak wewnętrznego dialogu prowadzą w końcu do nieuchronnej katastrofy. Bycie pozytywistą w kraju ukształtowanym przez romantyków to los skrajnie niewdzięczny, skazujący na samotność, niezrozumienie i permanentne zmęczenie.
Jednak to właśnie w lekcji pozytywistycznej tkwi jedyny klucz do przetrwania. Przetrwaliśmy rozbiory i odbudowaliśmy kraj w 1918 roku nie dzięki uniesieniom poetów, ale dzięki żmudnej, nudnej inżynierii społecznej Wielkopolski i Śląska – dzięki kółkom rolniczym, bankom spółdzielczym i czytelniom. Współczesny pozytywizm musi przyjąć formę „hakowania systemu” od dołu. Nie zmienimy klasy politycznej w Warszawie z dnia na dzień, ale możemy przestać grać w jej grę.
Każda oddolna inicjatywa, każdy projekt zgłoszony do budżetu obywatelskiego, każde lokalne szkolenie z pierwszej pomocy i każda – nawet najtrudniejsza – rozmowa o faktach, a nie o mitach, jest włożeniem kija w szprychy tego niszczycielskiego kołowrotka. Prawdziwy patriotyzm XXI wieku nie nosi ze sobą sztandarów na manifestacjach; buduje odporność tam, gdzie mieszka, i rozmawia z sąsiadem o konkretnych zadaniach do wykonania. Tylko w ten sposób, krok po kroku, możemy zmusić to państwo do dojrzałości, zanim historia ponownie powie nam „sprawdzam”.

Popularne posty z tego bloga